czwartek, 26 kwietnia 2018

Sprawa Alfiego

O historii małego Alfiego, którego próbuje się zabić w Liverpolu słyszeli już chyba wszyscy. I wierzyć się nie chce, że takie rzeczy dzieją się naprawdę, czyż nie? Jak można odmawiać dziecku opieki, a rodzicom prawa do walki o życie dziecka? Czy rodzic nie powinien mieć w tej kwestii zawsze ostatniego zdania?

Szczerze mówiąc, mało jest informacji o stanie zdrowia dziecka, czy uznanie terapii za uciążliwą miało miejsce w gronie 3 lekarzy, czy może były szerokie konsultacje, porady specjalistów z całego kraju? Nie mam pojęcia, czy rodzice trochę walczą na siłę i nie potrafią pogodzić się z tym, że ich dziecko musi odejść, czy jest to zimna kalkulacja szpitala, który nie ma ochoty uytrzymywać przy życiu pacjenta wiele miesięcy, a może lat. Taka zwyczajna, znana już od dawien dawna eugenika.

No właśnie. Bo o co my w ogóle walczymy? Modlimy się o cud, o Boże miłosierdzie i cud życia dla Alfiego. Wiem, że Bóg może tego dokonać. Ale o co my walczymy? O prawo do... życia??? Cały kraj, polskie celebrytki walczą o prawo do życia, ale zapomniały, że same są za prawem do zabijania! Bo jakoś nie słyszę tych gwiazd, aby wspierały Kaję Godek i projekt zabraniający aborcji dzieci chorych. Przeraża nas duszące się wiele godzin dziecko, a co się dzieję z dziećmi z zespołem Downa, których ciąża jest przedwcześnie wywoływana, a one nie raz godzinami umierają???
!!!

Ten świat jest chory. Hipokryzja zabija Polskę. Może sprawa Alfiego uświadomi nam wreszcie, że prawo do życia to prawo niepodważalne, bez względy na wiek, etap rozwoju czy zdrowie.


Czarny marsz, czy walka o prawo do życia dla Alfiego? Bo razem się nie da.

środa, 7 marca 2018

Naucz swoje dziecko czytać!

   Zachęcona naszym doświadczeniem, chciałabym zmotywować was, żebyście nauczyli wasze dzieci czytać. Nie tylko technicznie, ale także, a może przede wszystkim, chodzi mi o nawyk czytania. Żeby ilość przeczytanych przez nie książek w całym życiu nie ograniczyła się do lektur albo ich streszczeń.
   Zapraszam do obejrzenia filmiku, który nakręciliśmy rodzinnie :)



   Wszystko co piszę,  piszę na bazie własnego doświadczenia. Nie jest to jakiś jedyny właściwy sposób, ale chcę podzielić się z wami, gdyż może i wam się uda.
    My zaczęliśmy od serii książek pani Jagody Cieszyńskiej "Kocham czytać". Pani Cieszyńska proponuje naukę czytania metodą sylabową. U nas nie do końca wyszło metodą sylabową, ale fakt faktem, że dzięki tym materiałom chłopcy już czytają. Później zależało mi, na przejściu na czcionkę klasyczną drukowaną ( bo wg metody p. Cieszyńskiej uczymy się czytać wielkie litery) i za poleceniem pani bibliotekarki wypożyczyliśmy książeczki z serii CZYTAM SOBIE. Mamy tutaj 3 poziomy trudności, ładne ilustracje, ciekawe historie. Szczerze polecam. Ta seria wprowadza już nasze pociechy w normalne czytanie. Teraz rolą rodziców jest podróżować z dzieckiem do biblioteki i odnaleźć takie książki, które zainteresują nasze dzieci. Mają one swoje zainteresowania, pasje, dziś dla każdego coś się znajdzie. Maksymilian wkręcił się w czytanie dzięki serii książek "Biuro detektywistyczne Lessego i Mai".   Później wypożyczał więcej i więcej, a dziś czyta "Opowieści z Narni". Nie ma ludzi, którzy nie lubią czytać. Są tylko ludzie, którzy nie odkryli jeszcze książek, które lubią.

sobota, 3 marca 2018

Jestem wyrodną matką?

    Już wiem, że nie czuję się tak tylko ja. Albo że nie tylko ja jestem wyrodną matką. Wyżaliłam się kumpeli, która powiedziała, że nieustannie się tak czuje. Robimy sobie wyrzuty, ale czy słusznie? A może to presja, którą po prostu wszystkie czujemy, jest za duża? Bądź piękna, bądź dzielna, bądź twórczą w kuchni, w zabawach z dziećmi i w ... wiadomo :) Ale co tak naprawdę jest najważniejsze?
   My uczymy dzieci w domu w ramach edukacji domowej. Podjęliśmy decyzję o założeniu rodziny, o posiadaniu dzieci i o ich edukacji we własnym zakresie i tutaj powinna się skupiać moja uwaga! Muszę nauczyć się znosić względny porządek, szybkie gotowanie i że nie we wszystkim będę wyjątkowa i najlepsza. To nasze wyniesione ze szkoły : muszę być naj, muszę dać radę, muszę, muszę STOP!  Mam 31 lat i ciągle coś muszę, a kiedy wreszcie będę robić to, co chcę? Jasne, że pewne rzeczy trzeba robić, takie zwyczajne wypełnianie obowiązków, ale czas wreszcie robić to co ja chcę, a nie to, czego oczekują ode mnie inni, prawda?
  NIE JESTEŚ WYRODNĄ MATKĄ! JESTEŚ MATKĄ DĄŻĄCĄ DO IDEAŁU, a ja chcę pomóc Tobie i sobie w tej drodze.



sobota, 3 lutego 2018

Coś mi nie pasuje...

   Jestem zachwycona tym, że pojawiły się głosy krzyczące o głupocie bezmyślnej konsumpcji, o bezsensie gonienia za pieniądzem. Jednakże im bardziej wciągam się w to, co prekursorzy współczesnego minimalizmu proponują, tym bardziej widzę, jakie to puste. Mam wrażenie, że z braku "czegoś" w życiu ustanowili sobie nowy cel, nawet nową religię, jaką jest minimalizm. Mówią o relacjach z innymi ludźmi, ale większość z nich nie ma dzieci. Wiem, że to w ogóle zachodnia mentalność, ale ona właśnie mnie nie przekonuje. Już inaczej wygląda to u Leo Babauty, ale on poszedł w buddyzm. Co dla mnie jest dowodem na to, że zachodni świat szuka tego, co utracił. Utracił swoją wiarę, utracił swoją tożsamość chrześcijańską i czegoś im brak. Może to taka moja diagnoza, ale obejrzałam kilka filmików oraz film, które mnie o tym przekonały. 


Tutaj w ogóle nie widzę jakiegoś minimalizmu, ale życie w jakiejś normalnej prostocie. Nie wiem, ile przedmiotów mają przeciętni Amerykanie czy Australijczycy, ale moim zdaniem w obu domach było normalnie. Brakowało mi prostoty, funkcjonalności i przemyślanych wyborów. Aczkolwiek fakt, że wielu z nich jest na jakiejś początkowej drodze. Należałoby nazwać ich sympatykami minimalizmu, a nie minimalistami. Ale może to dlatego, że do mojej rodziny konsumpcjonizm nigdy nie zawitał, a nadmiaru pieniędzy nie znam, na głupoty się nie wydawało.
     Świetne rozwiązania, naprawdę minimalistyczne, pokazane są tutaj:


    No ale minimalizm współczesny to nie jest to, czego szukam. Ja szukam umiaru, pomocy w codziennym życiu, jakiegoś zgodnego z naturą współżycia. Minimalizm ma być drogą, a nie celem. Kiedy już myślałam, że tylko ja tak mam, odkryłam bloga, który wreszcie oddaje to, co ja myślę. I pierwszego bloga, którego czytam jak książkę, post za postem:
Z całego serca polecam, czytam, napiszę.



poniedziałek, 22 stycznia 2018

Minimalizm = zero waste po mojemu

   Minimalizm niesamowicie mnie pociąga. Gdybym była samotna, pewnie byłby radykalny. Ale nie jestem, więc jest rodzinny. Już jakiś czas temu zrobiłam porządek w garderobie. Oddałam rzeczy, w których nie chodzę, a do których nie mam żadnego sentymentu. Wyrzuciłam to, co do chodzenia kompletnie się nie nadawało. Minęły 2-3 miesiące i nadal mam wrażenie, że i tak chodzę w jednym a tym samym. Także poszłam o krok dalej i schowałam wszystkie ubrania, w których już dawno nie ubrałam. Albo ubrałam i po godzinie zdjęłam, bo mi było niewygodnie. Na razie je schowałam, żeby przekonać się, że ich nie potrzebuję i żeby potem nie żałować. Jeśli nie będę przeszukiwać pudeł przez rok ( żeby wszystkie warianty pogodowe przejść), to je sprzedam albo oddam. Było to kilka dni temu i rozważam czy nie dorzucić kilku bluzek. Bo ubieram je, patrzę w lustro i odwieszam... Podobnie zrobiłam z ubraniami dzieci. Z racji tego, że młodsi bracia mają wszystko po starszych, mają pełno ubrań, bo każdy jeszcze dostaje ubrania w prezentach. I wiele z nich nadaje się co najwyżej na co dzień. Tylko które dziecko potrzebuje 20 par lekko schodzonych spodni...?
   Kolejnym krokiem oczyszczania przestrzeni jest zmniejszenie kulinarnych zasobów kuchni. Właśnie jem resztki fasolki adzuki, które gdzieś tam tkwiły ukryte w szafce. Mam tendencję do wielkich zakupów ekologicznej żywności, łapie się na promocje, a potem nie bardzo wiem, co z tego zdrowego składnika ugotować, żeby wszyscy to zjedli ( bo wyrzucanie tak drogiego jedzenia doprowadza mnie do szału). I tak składnik leży, leży i czeka. A szafa zawalona. Bo ostatecznie i tak wracam do starych przepisów, żeby te moje chłopy po prostu jadły! No jakby się tak zastanowić - po co nam 5 rodzajów makaronu. Ja mam świderki, muszelki, rurki, spaghetti i klasyczny rosołowy. Pszenny, orkiszowy, pszenny z Biedronki udający zdrowy przez ciemny kolor... No i kasze: jaglana, gryczana, bulgur, manna, orkiszowa, jęczmienna. Płatki owsiane, gryczane, jaglane, kukurydziane. I trzymam te opakowania, a i tak wcinamy swoje ulubione. Ach, no i mąki! Pszenna tortowa, pszenna krupczatka, pszenna 0 do pizzy, ziemniaczana, jaglana, kokosowa, orkiszowa, gryczana, żytnia. Czas jakoś to ogarnąć. Mamy w planie robić makaron domowy, który jest o niebo lepszy. Zrobiłam już też własne mrożone zupy warzywne. Oczywiście kupiłam warzywa, pokroiłam w kostki i poporcjowałam. Lubimy herbaty i mamy chyba z 15 rodzajów. Gdy chcę którąś wyciągnąć, reszta wypada z szafki. Kurcze, jakoś ta kuchnia totalnie nam się zagraciła! jak uda mi się to ogarnąć, wrzucę fotki.
   Mając 4 dzieci przekonałam się, że ogrom przedmiotów przytłacza. Mniej to zawsze wygodniej, lepiej, przyjemniej, spokojniej.




wtorek, 16 stycznia 2018

Projekt ograniczania odpadów w mojej rodzinie

   Zainspirowałam się. Jak wiecie albo nie, od dawna wdrażam w życie dbałość o środowisko, dbałość o zdrowie swojej rodziny. Właśnie przez unikanie chemii w sprzątaniu, oszczędzanie mediów, zdrową żywność. Wszystko staram się robić tak, żeby nie zwariować. I z czasem jest tak, że powolutku odpuszczam... A to zaczynam częściej brać relaksujące kąpiele ( bo muszę przecież jakoś się rozluznić po całym dniu z czwórką dzieci! ), a to pampersy zamiast sporadycznie są na co dzień, a to wszędzie autem, bo brzydka pogoda. Tak jest, przez ostatni rok mocno zaniedbałam swoją troskę o harmonię. Zaniedbałam też - wyznam jak na spowiedzi- swoją troskę o wzrost duchowy. Zawsze to jakoś idzie w parze. Ciągle tłumaczę się, że to czwarty bobas mnie tak rozbił i jest w tym dużo prawdy, ale jednak czas najwyższy, jak to mówię, spiąć poślady i wziąć się w garść!!!
   Najpierw zrobię takie podsumowanie, uporządkowanie tego co powinno być, a już nie jest. Żebym ja mogła sobie przypomnieć, czego brakuje.


  1. Pampersy zastąpić wielorazowymi pieluszkami. Zrobione od kilku ostatnich dni. Tutaj i tak jestem niezła, bo cała czwórka korzysta z tego zestawu, a na pewno będzie można go uzytkować nadal po tym, jak Piortruś z nich wyrośnie. Wielorazowe pieluszki kupiłam 7 lat temu i są mega. W dwóch poluzowała się gumka - do naprawienia, ale nie przeszkadza w noszeniu. Mam zestaw 20 pieluch i do każdej po 2 wkłady z mikrofibry. Brakuje mi otulacza. 
  2.  Nie używać chemii do sprzątania. Tutaj jestem w miarę wierna swoim postanowieniom. Nieco odpuściłam jednak z praniem. Postaram się teraz póki co używać od czasu do czasu orzechów, aż zrobię proszek. Nie wyrzucę płynów, które mam. Także ich nikomu nie oddam, jak często radzą zwolennicy zero waste. Nie stać mnie na to i nie będę robić z siebie bohaterki. Kupiłam płyn do prania polskiej firmy "Wirek" i jestem bardzo zadowolona. Jest wydajny, tani, nie pachnie za mocno i JEST POLSKI. 
  3. Śmieci to nasza zmora. Choć nie mam kobiecych odpadów higienicznych, bo używam kubełka menstruacyjnego i pampersy zastąpiłam wielorazowymi pieluchami poza nocą, nieustannie gromadzi się cały kosz. Same chusteczki  higieniczne zajmują chyba połowę. Kupię klasyczne. 
Przy tej okazji opowiem historię ze sklepu Auchan. Po lekturze książek o życiu bez odpadów natchniona udałam się do tego marketu, bo kojarzyłam, że mają produkty na wagę. Wkraczam w alejkę i widzę zachwycona - makarony, płatki, bakalie. Wiem, że wagi na pewno nie tarują, bo Auchan jest irytujące z tymi wagami, ale woreczek lniany mało waży. Widzę ekspedientkę i taka radosna (oczami wyobraźni widzę jak robię zakupy bez folii ) zmierzam zapytać, czy mogę mieć swoje woreczki. Wyobraźcie sobie, że taka szczęśliwa niemal tańczę w podskokach udając się do pani, jestem coraz bliżej i... widzę jak ona rozcina worki, żadne tam zbiorcze opakowanie i wsypuje do tych pojemników. Jakby mnie ktoś w tym moim radosnym locie walnął cegłą. To skoro śmieci są, to chociaż sobie na opakowaniu skład poczytam...

Tak czy owak, śmieci będę ograniczać, a swoje wnioski i wyniki to spiszę, żeby się do tej roboty mobilizować :)






poniedziałek, 8 stycznia 2018

Życie Zero Waste

  
Życie Zero Waste. Żyj bez śmieci i żyj Lepiej
Katarzyna Wągrowska    

Właśnie takiej pozycji szukałam. Widać, że autorka pisze wzorując się nieco na amerykańskiej formie, ale zrobiła to świetnie. Wiadomo, że skoro temat ten sam, to i porady muszą dotyczyć tych samych zagadnień. Książka jest jednak napisana dla typowego Polaka. Nic nie narzuca, nic nie nakazuje, uwzględnia nasze zahamowania kulturowe, przekazuje szacunek do poglądów drugiego człowieka. Amy Korst w moim odczuciu jest fanatyczką. A fanatyzmu nie lubię w żadnej postaci. Natomiast Katarzyna Wągrowska szanuje swojego czytelnika i jego odczucia. Nie przeczytałam książki, na której autorkę pani Kasia się często powołuje - Bea Johnson. Ale mając wiedzę i domyślając się, że właśnie do tej pozycji "Życie Zero Waste" jest najbardziej podobna, nie będę wyrzucać pieniędzy. Choć artykuły o Johnsonach są inspirujące!   Książka Katarzyny Wągrowskiej bez wątpienia wprowadzi w życie bez odpadów każdego laika. Zawiera mnóstwo porad dotyczących zagadnień bezśmieciowych zakupów, ekologicznego sprzątania, zdrowego gotowania, rozsądnego planowania. Część z nich to właśnie przepisy, które podawałam tutaj, ale głównie na moim pierwszym blogu. Autorka nie poruszała tematów, które dla mnie są drażliwe, jej plus, bo znów mogłabym się zniechęcić, gdybym się zawiodła.   Polecam tą pozycję każdemu, nawet jeśli jakoś niespecjalnie ma ochotę przejść na wegetarianizm, skupić połowę sił na unikaniu odpadów i zdrowym gotowaniu, a drugą na zdrowym sprzątaniu. Może być ona świetną inspiracją do ograniczenia śmieci, a jeśli każdy z nas wyprodukowałby ich o połowę mniej, to świat byłby dwa razy piękniejszy! :)





sobota, 6 stycznia 2018

Życie bez śmieci "ZERO WASTE"

      Próba życia w zgodzie z naturą zawsze była mi bliska, o czym zresztą świadczą moje wcześniejsze wpisy. Chęć życia wg zasad minimalizmu, wg zero waste jest bardzo pociągająca. Czy zgadzasz się ze mną? Gdyby tak wrócić do życia w zgodzie z naturą, w zgodzie z całym ekosystemem i przede wszystkim w zgodzie ze Stwórcą?
     Na początku mojego cyklu  wpisów pokuszę się o recenzję książki, którą kupiłam ( oczywiście na ebooka). 


Styl życia Zero Waste. Śmieć mniej, żyj lepiej
Amy Korst



   Nie będę ukrywać, że nie był to trafiony zakup. Przede wszystkim autorka odnosi się do rzeczywistości zza oceanu. Amerykanie żyją zupełnie inaczej. Porady jak znaleźć firmę zajmującą się recyklingiem, kiedy my mamy unormowany prawnie system segregacji śmieci są zbędne. Przepraszam za szczerość, ale dla mnie ona przedstawia Amerykanów jako naród tak nierozumny, że segregowanie śmieci wydaje się być dla nich nie do ogarnięcia. Oczywiście jestem pewna, że tak nie jest, ale w moim odczuciu tak ona postrzega ogół społeczeństwa. Dlatego namawia te bardziej ekorozumne ekojednostki do życia zero waste. Wydaje mi się, że Europa jest pod tym względem dużo bardziej rozwinięta, nawet Polska, na którą tak narzekamy. Przy czym nie mogę wyzbyć się wrażeniu hipokryzji z jej strony, kiedy wśród śmieci, których nie potrafią się pozbyć są opakowania po tabletkach antykoncepcyjnych. Takie rozumienie bycia "eko", ale tylko w jednym wymiarze - śmieci, zniechęca mnie do dalszego czytania. Dla mnie bycie EKO to holistyczne podejście. Trzeba całemu starać się żyć w zgodzie z naturą. A zdanie, że tabletki to mniej śmieci jednak niż wyprodukuje dziecko, zraziło mnie kompletnie. Jestem bardzo przeciwna takiej skrajnej postawie. Wiem, że są ruchy wspierające aborcję i propagujące wstrzymanie się od prokreacji w celu ratowania ziemi. Wzbudza to moją największą odrazę. A takie słowa od razu nasuwają mi właśnie taką postawę.     
Książka jest pełna przepisów na ekologiczne sprzątanie czy jedzenie pozwalające wyeliminować produkcję śmieci, które znajdują się zarówno na moim blogu, jak i na wielu wielu innych. Myślę, że Amerykanie powinni jednak bardziej zwracać uwagę na produkowanie śmieci, bo jej słowa mnie przerażają. Śmieciowe jedzenie, jednorazowe naczynia stosowane na co dzień, pogoń za modą, wielki wielki konsumpcjonizm. Myślę, że u nas jednak nie jest aż tak źle. Choć mieszkam na wsi, może nie jestem na bieżąco. Ale jakoś nie widzę polskiej rodziny jedzącej na papierowym talerzyku albo zamawiającej codziennie gotowe obiady. Nie mówiąc o opisie przekąsek serwowanych dzieciom. Czy tak trudno zamiast chipsów dać dziecku jabłko? Mój tata ma taką manię krojenia owoców wnukom. Gdy przychodzimy, kroi na ćwiartki jabłka, banany na połówki itd. i stawia na stole na talerzu. Znika wszystko w mgnieniu oka. Książka zawiera wiele metod wydających mi się banalnymi, często powtarza jedno a to samo. Wśród moich znajomych powszechne są wymiany ciuchami, szczególnie ciążowymi i niemowlęcymi. Wielorazowe pieluchy to bardzo żywy temat na forum dla rodzin wielodzietnych. Torby na prezenty używa się wiele razy i nie kombinuję nad ekoopakowaniem. Nie podoba mi się narzucanie innym mojego stylu życia i nie będę zwracała uwagę gościom, żeby przynosili ekologicznie zapakowane podarunki. Trzeba być wyrozumiałym i szanować poglądy innych. Jasne - mogę powiedzieć jak zafascynowała mnie próba życia bez śmieci, co ona mi dała itp. ufając, że rozmówca weźmie sobie moje słowa do serca. 
Jeśli choć trochę zagłębiliście się w temat - książka Amy Korst niewiele wniesie do waszego życia. Jeśli zaczynasz przygodę z bezśmieciowym życiem, moim zdaniem książka ta jest zbyt chaotyczna i nie pasuje do naszej rzeczywistości, aby wprowadzić w temat. Więcej dowiedziałam się czytając różne blogi. Bardzo wiele tekstu przeleciałam wzrokiem szanując swój czas. Zapewne na całe moje krytyczne spojrzenie mocno wpływa poruszony temat antykoncepcji hormonalnej, ale nie polecam kupować tej książki. Zmarnujecie czas i pieniądze. 
         Kolejną pozycją, którą postanowiłam przeczytać jest książka

Życie Zero Waste. Żyj bez śmieci i żyj Lepiej
Katarzyna Wągrowska


W następnym wpisie podzielę się opinią na jej temat.

Oczywiście książki to tylko natchnienie, motywacja i pomysły. Najważniejsze, żebyśmy zdali sobie sprawę z tego, jak ważnym jest dbanie o nasz świat. Bóg powiedział, że mamy czynić ziemię poddaną, a nie zrujnowaną. Wierzę, że chrześcijanin ( i nie tylko) czuje w sercu potrzebę powrotu do spokojnego życia, życia na pięknej zielonej planecie, życia w harmonii z rytmem Ziemi.



piątek, 3 listopada 2017

KRYZYS MACIERZYŃSTWA

               Zawsze staram się pisać o pozytywach macierzyństwa, bo świat tylko narzeka, pluje jadem i kpi z kobiet zaangażowanych w rolę matki. Ale dziś jednak muszę napisać o kryzysie macierzyństwa. Bo dziś mam tylko ochotę siąść i płakać. Choć najstarszy się uczy, najmłodszy śpi, a pozostała dwójka się bawi/kłóci. Opanowałam poranny kryzys i doszłam do wniosku, że jestem po prostu przemęczona. Nie śpię w nocy, bo Piotruś się budzić potrafi co godzinę. Wczoraj naprawdę czułam się jak zombie, a dziś było lepiej dopóki mój 2,5-latek nie postanowił zrobić sceny przy śniadaniu. Zazdrość o karmienie młodszego. Zaproponowałam, żeby usiadł obok mnie i będę ich karmić na zmianę ( wiem, że potrafi jeść sam, ale rozumiem rywalizację o względy mamy). Niestety był foch, że ma być tu i teraz i tak jak on chce. No i wulkan mojej złości wybuchł. A potem jak oni się tak wyciszają na moment, to ja mam wyrzuty sumienia, że nad sobą nie panowałam. I potem mam do siebie pretensje, że to wszystko dlatego, że nie zadbałam o swoje zdrowie psychiczne. Od miesiąca nie wyszłam nigdzie sama. Nie czytam książek, nie odpoczywam. Efekt jest taki, że narasta we mnie złość. Jestem jak przyduszona poduszką i potrzebuję tylko zaczerpnąć świeżego powietrza. A czasem jestem tak głupia, że za bardzo wierzę w swoje możliwości pracy na bezdechu. Mogę też ponarzekać na brak wsparcia, ale co to zmieni?
    Do tej pory działały u mnie następujące metody:
1. wieczorny spacer 
2. czytanie książek czekając na syna w szkole muzycznej ( reszta jest z tatą)
3. kąpiel relaksująca przy świecach
4. wizyta u masażysty
    Jakoś wyjścia do ludzi, na jakieś spotkania, nie dodają mi energii. Bardzo je lubię, wnoszą coś do mojego życia, ale nie pomagają mi zrzucić tego napięcia związanego z nieustannym zajmowaniem się dziećmi. Zapewne wynika to z tego, że przechodzę z tłumu dzieci w tłum dorosłych. Od jakiegoś czasu ( kiedyś było zupełnie inaczej) bardziej potrzebuję pobyć sama ze sobą. Do tego nieustanny bałagan niekoniecznie działa na mnie uspokajająco...
    Pozostaje mi teraz wziąć się w garść i zadbać o siebie. Bo nie ma co liczyć, że ktoś zrobi to za mnie. Sama jestem odpowiedzialna za swój wypoczynek.

sobota, 17 czerwca 2017

Dzieci zabrały mi

    Bez wątpienia zabrały mi wczasy tylko we dwoje. Nigdy nie byliśmy na wakacjach tak z mężem sami ze sobą. Ani za granicą, ani nawet w Polsce. Nie pojechaliśmy w podróż poślubną, bo wszystko odkładaliśmy na zakup działki. Czy mi tego brakuje? Nie wiem, nigdy nie byłam, nie wiem co straciłam.
    Przez dzieci utraciłam swoją "męskość". Byłam raczej typem chłopczycy biegającej po drzewach, chodziłam w spodniach. Dopiero na studiach, będąc już w związku z moim mężem, odkrywałam na nowo spódnice i bluzeczki zagubione gdzieś w okresie dojrzewania. A potem, kiedy urodziłam Maksa, odkryłam jak pięknie być kobietą i dojrzewam do całkowitego zaakceptowania swojej kobiecości - ze łzami, wrażliwością, empatią. Bo to było dla mnie najtrudniejsze.
    Bez wątpienia dzieci co dzień pozbawiają mnie resztek pedantyzmu. Nigdy nie byłam czyściochem, ale lubię mieć wszystko na swoim miejscu, poukładane. Nie znoszę szukania czapki w koszu z nakryciami głowy, a potem odnajdywać ją w rękawie. Szukać pół dnia nożyczek, kleju, taśmy, długopisu. Już nawet zjeść potrafię na stole się klejącym całkowicie, bo wiem, że jak zacznę wycierać, to jak skończę, obudzi się nasz słodziak i znów będę odgrzewać po raz setny... Ostatnio czytałam demota, spodobał mi się, choć u mnie nie jest aż tak źle: Jestem mamą. Rano wstaję, robię sobie kawę i... wypijam wieczorem. Zdarza mi się jeść obiad na kolację.
   Starsze dzieciaki oduczają mnie krytykowania. Nie potrafię przemilczeć wielu spraw. Jak mnie coś gryzie, to wyrzucam to z siebie tak długo aż mi przejdzie. Jednak czytałam kiedyś, że zło uwolnione leci dalej i trafia do adresata. Powinnam nauczyć się oddawać te moje "wnerwy" Górze. Prosiłam w modlitwie o tę zdolność, to mam synów, którzy powtarzają każde słowo. " A mama powiedziała...". To zmusza do opanowania. Niestety czasem przez nich wiem, co mówią o mnie inni ;)
   Dzieci zabrały mi bez wątpienia myślenie o sobie na pierwszym miejscu. I nie piszę tego, żeby się pochwalić, jaką jestem wspaniałą matką. Moje początki w tej roli były tragiczne. Dziecko mi ryczy, a ja w połowie kolacji przypominam sobie, że zapomniałam dać mu coś do jedzenia. Nie potrafiłam karmić malucha na głodny żołądek, więc na początku najpierw szybko jadłam, a potem dawałam dziecku. Teraz doszłam już do wprawy i najpierw karmię dzieci, potem sprzątam ( jeśli jest okazja) i potem jem sama. W spokoju i bez pośpiechu. Z czystym sumieniem.
   Moi chłopcy jak nikt okradają mnie z pychy. Jeśli na moment pomyślę, że nie taka zła ze mnie mama, robią taki bałagan, że... Ostatnio pomyślałam sobie - nie ma tragedii, schodzi mi ten brzuch po ciąży. Za chwilę Szymon z rozbrajającą szczerością mówi do mnie; Mamo, masz trochę duży brzuch, jakbyś miała dzidziusia (z nadzieją w głosie)! Kiedy napocę się najwięcej nad zdrową ekozupką, wtedy akurat nie chcą jeść. Tak nieustannie. I cieszę się z tego. Robią to naturalnie, nie chcą mnie ranić, więc nie traktuję tego jako krytyki. Ale szybko pomagają mi trafić na ziemię. Bo jako kobieta lubię sobie czasem żyć marzeniami, niekoniecznie odzwierciedlającymi realne życie.











wtorek, 6 czerwca 2017

Jak radzić sobie z frustracją ?

  Nieustannie mam wrażenie, że doba jest za krótka. Lista rzeczy do zrobienia, spraw do załatwienia zamiast się skracać, wydłuża się jakby każdego dnia. Wydaje mi się, że jestem niewydolna. A przecież nie obijam się, nieustannie zajmuję się czymś konkretnym! I wtedy zaczynam się stresować, dzieci mnie drażnią i jestem po prostu sfrustrowana.
   W takich momentach warto usiąść i poukładać myśli. Ja robię to właśnie teraz, podczas tego wpisu. Dla uporządkowania spraw i dla relaksu. Bo relaks jest bardzo istotny i dojdę do tego za moment.
   Przede wszystkim należy znaleźć źródło naszego stresu. Mnie aktualnie drażni to, że zaplanowałam sobie, iż po zdaniu egzaminów po klasie 2 przez Maksa odpocznę, a potem wreszcie porządnie wysprzątam. Problem polega na tym, że nieustannie planuję tak, jakbym nie miała w domu małych dzieci. Bardzo trudno jest mi zaakceptować fakt, że nie jestem w stanie mieć wszystkiego poukładanego. I do tego drażni mnie, że sama jestem sobie winna. Jestem taka chaotyczna w działaniu, nie sprzątam na bieżąco, odkładam na szybko nie na swoje miejsce, a potem irytuje mnie ilość rzeczy do posprzątania. No i mąż, który mi to wypomina ;) A krytyka, o zgrozo, działa na mnie jak płachta na byka. Tak, wiem, że powinnam przyjmować ją z miłością i pokorą. Staram się, ale ten punkt pracy nad sobą jest najtrudniejszy. Kończy się to najczęściej właśnie frustracją, która odbija się na dzieciach. Mój syn w międzyczasie właśnie zaprezentował mi wiersz o mamie. Która chodzi i sprząta i denerwuje się, że czegoś zapomniała... Dzieci są jak papierek lakmusowy moich uczuć...
   Teraz muszę sobie zadać pytanie: czy ten stres mi pomaga, czy przeszkadza? Motywuje mnie, czy raczej sprawia, że moje działanie staje się chaotyczne? Każdy z nas inaczej na stres reaguje. Wiele zależy od sytuacji. Ja na przykład w bezpośrednim kontakcie pod wpływem stresu potrafię dobrze wypaść podczas rozmowy ( o pracę, biznesową itp.). Ale  wiszący nade mną przełożony tykający głośno: tik tak, oceniający itp. sprawia, że gubię myśli, tracę grunt pod nogami i moja praca się rozsypuje.  Jeśli dana sytuacja irytuje nas tak bardzo, że zamiast motywować do pracy, raczej nas do niej zniechęca, musimy właśnie sobie usiąść i przemyśleć plan działania. Ja zdecydowanie oczekuję od siebie zbyt wiele naraz. Chciałabym zrobić wszystko, zamiast mieć plan i odhaczać punkty wg możliwości danego dnia. Bo dzieci czasem bawią się same przez 2h, a czasem marudzą cały dzień. Niemowlę potrafi spać cały dzień, ale potrafi też cały dzień marudzić. Dlatego postanowiłam zrobić sobie plan sprzątania domu. Z racji niechęci do walających się kartek ( mimo chęci do dotykania, podkreślania itp.) zrobiłam sobie plan sprzątania w google keep . Żeby mieć go na zawsze. Aplikację tę mam też w telefonie, pod ręką. Teraz muszę przepracować temat sama ze sobą. Uspokoić się, zaakceptować stan rzeczy i polubić nową sytuację. Kiedyś przecież nadejdzie dzień, że ci bałaganiarze zaczną mi pomagać, prawda? Nadzieja umiera ostatnia!
  Tylko jak teraz pozbyć się tego napięcia? Internet jest pełny artykułów na temat radzenia sobie ze stresem. Oddychanie, napinanie mięśni, sport. Jest też proponowana joga, która w kościele katolickim jest zakazana - tak dla przypomnienia. Mnie w tych metodach drażni to, że są dla mnie nieosiągalne. Nie mam takiego momentu dnia, żebym spokojnie mogła usiąść na 20 minut i oddychać. Przecież pisząc ten tekst - jako moją metodę relaksu - nieustannie zajmuję się dziećmi. Nogą kołyszę wózek, odpowiadam na pytania, przygotowuję jedzenie. Byłabym jeszcze bardziej sfrustrowana, że nawet zrelaksować się nie mogę. Mam swoje sposoby. Modlę się. Nic tak nie pomaga jak oddanie problemów Jezusowi. Piszę. Lubię przelewać myśli na... ekran. Prowadzę bloga, piszę maile. Pomaga mi sport- rolki i rower. Udało mi się zorganizować... Nie, w sumie to moje modlitwy zostały wysłuchane. Pewna rodzina pożyczyła nam wózek/rikszę. Ma ręczny hamulec i miejsce dla dwójki dzieci. Sami nam to zaproponowali, ponoć po rekolekcjach :) No i jeszcze relaksuje mnie koszenie trawy. Uwielbiam kosić. Kosiarka jest tak głośna, że nie słyszę marudzenia czy sprzeczek.Skupiam się na optymalizacji kroków celem skoszenia jak najpraktyczniej. To pochłania mój umysł i pozwala się zrelaksować.
   Wspomnę tu jeszcze o czymś bardzo ciekawym i praktycznym. Kiedyś zapisałam się dla kurs online dla rodziców w szkole syna. Polegał on na analizie pracy mózgu i ćwiczeniach mózgu. Ostatnim etapem było stworzenie mapy myśli. Bardzo to pomaga w uporządkowaniu nie tylko pracy, ale także marzeń, planów. Na środku napisaliśmy: ja w roku 2020. I potem tworzyliśmy mapę konkretnych elementów naszego życia. Mapa ta pozwoliła mi to ująć w całość, uświadomić sobie swoje potrzeby, wyznaczyć plan działania. Jeśli jakoś tu trafiłeś - zrób sobie mapę myśli, poznaj siebie.







środa, 31 maja 2017

Mama XXI wieku

    Prowadziłam kiedyś dyskusję z teściem na temat zdrowego żywienia. Dlaczego nie podaję dzieciom pewnych produktów i dlaczego proszę, żeby nie przywozili dzieciom słodyczy. Kilka dni później powiedział, że w porannym programie było właśnie o nas, młodych matkach, które przesadzają z tym zdrowym żywieniem i że to teraz taka moda, która pewnie przeminie. Zrobiło mi się przykro. Bo przecież robię to nie dla mody, nie dla szpanu, ale dla zdrowia swoich dzieci i jego wnuków...
   Ale później pomyślałam - JESTEM Z TEGO DUMNA. Tak! Jestem dumna przede wszystkim z tego, że jestem matką. Patrzę na swoje dzieci i wiem, że podjęłam najlepszą decyzję, jaką mogłam podjąć. Zdecydowałam, że przede wszystkim chcę się realizować jako mama. Każdego dnia dostrzegam ich rozwój, każdego dnia podziwiam ich nowe umiejętności. Jestem przytulana i całowana od rana do wieczora. Nie, nie jest prawdą, że "siedzę w domu". Teraz np. kiedy to piszę, przez ramię zerkam na synów rozwiązujących przygotowany wcześniej przez mamę zestaw zadań z matematyki dostosowany do ich poziomu, czasem muszę zrobić przerwę i pohuśtać niemowlaka w wózku i patrzę do kuchni, gdzie dwulatek analizuję budowę tłuczka do mięsa. Już go rozłożył na dwa elementy, więc będzie klejenie. Obiad już postawiony, a pranie jest w pralce. Chwilka spokoju tak własnie wygląda. I jestem dumna, że mi się to udało zorganizować. Plany na popołudnie bardzo konkretne i nigdy nie siedzę, żeby siedzieć. Kiedy mogę, czytam książki o wychowaniu, o rozwoju dzieci, o samorozwoju i takie relaksujące. Nie marnuję czasu na poranne programy ;) Podchodzę do swojej pracy poważenie i staram się wszystko robić najlepiej jak potrafię. Ponoszę porażki, płaczę i nie mogę się zwolnić, kiedy mam dość.  Wstaję w nocy, nie mam ani jednego dnia wolnego w roku i do tego nie mam prawa do L4. I jestem zachwycona swoją pracą. Każdego wieczoru kładę się spać z poczuciem, że podjęłam dobrą decyzję. Trudną.
   Jestem matką minimalistką i matką praktyczną. I mogę powiedzieć, że my, matki XXI wieku jesteśmy bardzo świadome swojej roli. Dlatego nie patrzymy na program śniadaniowy i analizujemy na co jest moda, żeby zdecydować. Tak na przykład moja decyzja o zdrowym żywieniu została podjęta po analizie kilku książek, filmów i zbadaniu efektywności. Może to placebo, może wmawianie sobie, ale moje dzieci mało chorują. Staramy się jeść w miarę zdrowo. Co za problem smażyć na oleju kokosowym zamiast na margarynie? Czy wiecie, że w USA zakazano stosowania margaryny? Ja rozumiem, że kiedyś matki się nie zastanawiały. Za komuny nauczono je, że mają robić tak jak wszyscy i tyle. My mamy wolność wyboru. Wolność, ale i odpowiedzialność. Nie jest to łatwe, ale na szczęście możemy nie pozwolić na zatrucie swojego dziecka np. antybiotykami. Kilka lat temu matka odmawiająca podania antybiotyku była w otoczeniu wariatką, a dziś jest to powszechne. Kilka lat temu nikt nie pytał o skład szczepionki, a dziś niemal każdy rodzic zanim podejmie decyzję szuka jakichkolwiek informacji o składzie, skutkach ubocznych itp. I bardzo dobrze, bo dziś coraz mniej rodziców decyduje się na szczepienie dziecka, które "ma tylko katarek". Podchodzimy do rodzicielstwa bardziej świadomie i odpowiedzialnie. Czy właśnie dlatego, że "bardziej" to jesteśmy nieco jak wyrzut sumienia? Myślę, że nie. Po prostu nie mamy problemów, jakie musieli pokonywać nasi rodzice. Mamy wybór, mamy internet, ponosimy odpowiedzialność za swoje decyzje.
   Kiedyś pisałam o życiu bez chemii. Świat biegnie do przodu, a ja razem z nim. Dziś używam sobie do sprzątania myjki parowej. Mam czysto, higienicznie i bez chemii. O ile mam siłę sprzątać... Ale i tak bez chemii! :) I nie widzę powodu, żeby nie być z siebie zadowoloną. Tak, tak żyje młoda matka.
   Jestem dumna kiedy widzę swoje koleżanki, Matki na cały etat, mamuśki łączące ten cały chaos jeszcze z pracą zawodową. Są zadbane, ubrane praktycznie, ale i ładnie. Starają się być twórczymi partnerkami swoich mężów. Starają się nie zwiększyć masy ciała o 100% po kilku ciążach. Jeśli natura nie jest łaskawa, potrafią zatuszować to i owo. Nieraz słyszę od nich, że mnie podziwiają. A ja je podziwiam! Bo świetnie dają sobie radę organizacyjnie i motywują mnie zawsze, żeby moje bycie z dziećmi było twórcze. Dziękuję Wam za to!
  Nie rozumiem, dlaczego w katolickim społeczeństwie tak mało szacunku dla roli matki. Tak wiele razy zasugerowano mi, że powinnam wrócić do pracy. Zasugerowano, że mi się nie chcę pracować. A ja wam powiem, że chcę, aby moje dzieci wspominały lata młodości tak, jak ja je wspominam. Dom, w którym był ciepły obiad, w którym zawsze była mama. Ale chcę też więcej dać swoim dzieciom czasu, bo żyjemy w dobie techniki i nie muszę zmywać ręcznie, szorować podłogi na kolanach i prać we "Frani". Każda z nas musi zdecydować, czy może i czy chce odłożyć (może i na zawsze) powrót do pracy. Ale każda z nas ma obowiązek starać się być najlepszą mamą, jaką potrafi. Czasem zrezygnować z przesadnego pedantyzmu na rzecz zabawy z dzieckiem, a później na rzecz rozmów z dzieckiem, czasem w wymyślnych obiadków, czasem z wyprasowanych majtek ;) Musimy nauczyć się nieraz odkładać "ja", na rzecz "ty". To nigdy nie jest łatwe. Bo mama to zwyczajna kobieta, która ma swoje lepsze i gorsze dni, swoje nie zawsze właściwe nawyki, przyzwyczajenia, słabości. Warto być tego świadomą. Nie załamywać się, ale przeć do przodu!








sobota, 21 stycznia 2017

Afryka


Wyruszyliśmy z chłopakami w podróż do egzotycznej Afryki! Odszukaliśmy kontynent na globusie, zaznaczyliśmy go na mapie, pokolorowaliśmy i przyjrzeliśmy się Afryce w atlasie ( " Mój pierwszy atlas świata")

Poznaliśmy nieco afrykańskich zwyczajów i ludów.


Ogólnie ze względu na wiek chłopaków, nie chciałam zasypywać ich milionem informacji. Zależało mi, żeby wiedzieli gdzie jest Afryka, że jest tam odmienna kultura oraz roślinność i zwierzęta. Powycinałam im puzzle i memory oraz kolorowanki ze strony Fundacji Edukacji Międzykulturowej.
Ponadto zobaczyliśmy sobie jakiś dokument o zwierzętach Afryki i mam nadzieję, że ziarno zostało zasiane.



Wpis sprzed 1,5 roku, którego przez przypadek nie opublikowałam, może się przyda :)



piątek, 20 stycznia 2017

Dlaczego edukacja domowa...

    Postanowiłam napisać co nieco o naszej decyzji odnośnie edukacji domowej. Skąd wziął się ten pomysł i dlaczego się na to zdecydowaliśmy.
     Pierwszy raz słysząc o edukacji domowej pomyślałam i powiedziałam - to absolutnie nie dla mnie. Nie mam cierpliwości. Chcę wreszcie znaleźć pracę, gdzie będę się realizować. Później temat wrócił jak bumerang z zupełnie innej strony. Koleżanka bardzo poważnie rozważała temat. Ja czułam się w obowiązku (???) studzić jej zapał. Oczywiście widziałam ją w tej roli, ale nie siebie. Wtedy wydawało mi się, że chcę jej pomóc, ale dziś myślę, że pomagałam sobie oddalić wyrzut wobec mojego nastawienia. A może teraz zbytnio to analizuję...? Tak czy owak, zawsze uważałam, że pomysł jest świetny, ale nie dla mnie. Za jakiś czas znów temat powrócił, z zupełnie innej strony. Tym razem znajomi  NAMAWIALI nas , żebyśmy się zdecydowali, bo oni żałują, że wcześniej nie znali takiej możliwości. Już pozwoliłam im na przedstawienie argumentów, jakby postawiona pod ścianą. No i fakt, że nasz najstarszy syn wystrzelił w tym czasie z rozwojem szokując nas bardzo sprawił, że postanowiliśmy spróbować. Był to czas przedszkola, a zatem żadnych zobowiązań, egzaminów, tylko taki teścik dla nas, czy się w tym odnajdziemy i czegoś go nauczymy.
     Teraz mogę już powiedzieć, dlaczego postanowiliśmy kontynuować edukację w domu, a nie posyłać chłopaków do tradycyjnej placówki. Pierwszy powód to lenistwo. Moje własne. Odkryłam, że brak konieczności zaprowadzania dzieci do przedszkola daje mi więcej wolności niż ten czas bez nich w domu. Tak, bywają dni, że bardzo żałuję, że nie mogę wystrzelić ich w kosmos na kilka godzin. Ale rekompensują mi to spokojne poranki, kiedy wstaję całowana przez trójkę wspaniałych chłopaków albo budzę całuskami tę samą ekipę z informacją o gotowym śniadaniu. Nasze poranki są spokojniejsze, a dzięki temu i ja się tak nie denerwuję jak kiedyś. Nie mam dzięki edukacji domowej takich zmartwień banalnych - zebrania, pieczenie ciasta, ubrania do szkoły, przynoszenie chorób do domu itp. Są to sprawy proste i dla kogoś moja argumentacja może jest śmieszna. Ale ja jestem z natury panikarą, nerwusem i nie śpię, gdy pojawiają się banalne problemy. I jakoś tradycyjny system edukacji mnie nie uodpornił. Co więcej, dopiero teraz powoli uczę się dystansować do takich szarych problemów.  
     Kolejny powód, to brak rywalizacji. Tak dokładnie - to co wielu uważa za kontrargument dla ED, dla mnie jest właśnie jej plusem. Czy wyścig szczurów, jakiemu został poddany sort dzieciaków lat 80,90 coś wniósł? Oczywiście! Brak umiejętności współpracy, której niby uczymy się w szkole. Widać to wtedy, kiedy się zaczyna pracować. Każdy myśli tylko o swojej karierze, o swoim sukcesie i cierpi na tym najczęściej całościowo projekt czy firma. Nie zauważyłam, żeby szkoła nauczyła nasze społeczeństwo empatii, wzajemnego szacunku, tolerancji. Nikt mnie nie przekona, że edukacja domowa to wyalienowanie dziecka, które nie będzie sobie w stanie poradzić w społeczeństwie. Grupy są wszędzie i nie zauważam problemów ze strony moich synów z odnalezieniem się w tychże grupach. Nie mówiąc o tym, że szkoła tradycyjna to sztuczna gromada dzieciaków w jednym wieku. Czy mamy gdzieś takie grono naturalnie? Ludzie w pracy, wolontariacie, w rodzinie są w różnym wieku. I można świetnie odnajdywać się wśród rówieśników, a kompletnie nie radzić sobie ze współpracownikami starszymi o 20 lat!
      To co mi najbardziej odpowiada w edukacji domowej, to indywidualny rytm pracy. Dziecko jak każdy z nas ma lepsze i gorsze dni. Czasem jest lekko przeziębione, czasem entuzjazm urodzin nie pozwala skupić się na nauce. I możemy sobie wtedy odpuścić, wyluzować i nadgonić, kiedy wpada w wir pracy. A wpada. Teoria o fazach nauki sprawdza się u nas. Były takie tygodnie, że Maks tylko chciał czytać. I uczył się, uczył, nie chciał nic innego robić. Aż nauczył się czytać... zadania z matematyki. Okazało się, że to był jego cel. Uwielbia matematyczne zadanka (wykapana mamusia) i później mieliśmy istne matematyczne szaleństwo. Musieliśmy ściągać jakieś zadania logiczne, konkursowe, żeby nie wybiegał z materiałem, a raczej rozwijał właśnie myślenie logiczne. Później była faza pisania. Okazało się to zadaniem najtrudniejszym, ale wiedząc, że musi umieć pisać na zaliczenie pierwszej klasy, musiałam go nieco mobilizować. Prośba o liścik dla mamy, wypisywanie kartek świątecznych, list do kuzyna. Naszym następnym celem będzie ortografia. Ale ją chcę wprowadzać poprzez gry, zabawy, zagadki itp. Pomysłów w internecie jest mnóstwo. Nie musi to być wkuwanie zasad i słówek na blachę :)
       Kocham edukację domową za to, że ucząc jedno dziecko, łapie cała reszta. Przekonałam się o tym przy okazji nauki języka angielskiego. Robimy to metodą obrazków, piosenek, kolorowanek itp. I ostatnio poprosiłam syna, żeby policzył mi do 10. Na to nasz 4 latek zaprezentował swoją wiedzę, bo myślał, że go pytam. Nieraz kiedy powtarzamy słówka, podpowiada starszemu bratu :) No i nie mówiąc o najmłodszym, niespełna 2-latku tańczącym "Head, shoulders, knees and toes...". Zauważyłam, że kiedy właśnie on powtarza słówka z youtuba, robi to najdokładniej! Słowo "cabbage" w jego wykonaniu zachwyca mnie niesamowicie ;)
       Lubię uczyć swoje dzieciaki. Nadal brak mi cierpliwości i daleko mi do nauczycielki doskonałej. Ale rozwijamy się przy tym wszyscy. Przełamujemy swoje ograniczenia, lenistwo. Moi chłopcy potrafią obsługiwać pralkę, zmywarkę, ugotować prosty obiad. Gdy pójdę niedługo na porodówkę to wiem, że Maks lepiej sobie poradzi z pralką niż mąż! Lubię te momenty, kiedy siadamy w łóżku, każdy ze swoją książką. Ja i Maks czytamy, chłopaki udają, że też potrafią... Cenię sobie najbardziej chyba to, że mamy taką swoją relację. Potrafimy pogadać jak dorośli ludzie o swoich uczuciach, słabościach i zaletach. Czasem gramy w gry planszowe, czasem pieczemy zdrowe ciasta z jaglanki ( i uczymy się miar, dodawania itp), czasem po prostu oglądamy dobry film. A czasem kłócimy się o sprzątanie, a raczej jego brak i o mycie zębów. Nie mamy zadań domowych, sprawdzianów.
      Być może za 15 lat powiem, że to nie była dobra decyzja. Ale szczerze mówiąc głęboko wierzę, że nawet jeśli za rok będziemy zmuszeni zakończyć naszą przygodę z nauką w domu, to nasze doświadczenia wyjdą nam na dobre. Już widzę, ile zmieniło się we mnie. W postrzeganiu świata, ludzi, własnych możliwości. Myślę, że zaszczepiliśmy swoim dzieciom, że mogą w życiu robić co tylko zechcą, jeśli będą na to ciężko pracowały. I to chcemy w nich pielęgnować - wiarę we własne możliwości, realizm i pracowitość.














środa, 11 stycznia 2017

Jak ogarnąć dzieciolandię ???

   Czytałam ostatnio wpis pewnej mamy na blogu  mamypunktwidzenia . Słowa: "Znacie to uczucie, kiedy dziecko zasypia a Wy wygodnie siadacie na kanapie z pilotem w jednej ręce oraz kubkiem gorącej czekolady w drugiej? Nie? Ja również. " sprawiły,  że postanowiłam napisać coś od siebie. Od jakiegoś czasu znam to uczucie każdego wieczoru, czasem nawet po południami. Jestem mamą od 7 lat. Dokładnie dziś mój pierworodny syn ma urodzinki i dlatego postanowiłam podzielić się swoim doświadczeniem, jak doszłam do tego etapu - czasu tylko dla siebie z kawą, czekoladą, kakao czy laptopem :)
    Przede wszystkim praca w domu oznacza nieustanne zmiany. To, że dziś jestem w stanie usiąść wieczorem czy w ciągu dnia nie oznacza, że tak było, jest i będzie. Dziś moi chłopcy mają 7 , 4 i niecałe 2 lata, ale za miesiąc w naszym domu powitamy nowego  kawalera i wszystko może ( ale nie musi) przewrócić się do góry nogami. Trzeba się na to nastawić, żeby potem się nie frustrować.
   Dzielę pracę w domu na 3 części:

  1. sprzątanie 
  2. jedzenie
  3. edukacja
Myślę, że to główne obowiązki mamy i żony. Każda z nas jedne lubi bardziej, inne mniej. Ja zdecydowanie najbardziej nie lubię gotować i nie mam do tego talentu. Jest to dla mnie trudny temat, bo każda żona chciałaby zachwycać swoją rodzinę pysznymi obiadkami, a mi raczej takowe nie wychodzą i nie mam do tego serca... Cóż zrobić, nikt nie jest doskonały!
   Dlatego zacznę od jedzenia. Choć nie jest to dla mnie jakaś wielka przyjemność, podchodzę do sprawy bardzo poważnie. Z powodu zdrowia. Wiem już z doświadczenia, a nie z artykułów, że to, co podajemy naszym dzieciom i sobie ma wpływ na nasze zachowanie. Dieta wysokocukrowa, to dzieci żywe, pełne energii, czasem agresywne. Częściej chorujące także. Dlatego na ile pozwala nam kultura, w której żyjemy i otoczenie, ograniczam w naszej diecie cukier i chemię. Widzę na ten temat dostarczyły mi głownie "Zamień chemię na jedzenie", "Jaglany detoks" i 2 kolejne książki Marka Zaremby oraz "Ukryte terapie" J. Zięby. Czytałam też co nieco o oczyszczaniu organizmu, o teoriach św. Hildegardy z Bingen czy diecie dr Ewy Dąbrowskiej.  Oczywiście nie da się, moim zdaniem, przygotowywać zawsze zdrowe posiłki dla rodziny, pełne witamin i dobrze dobrane. Jest to trudne, kosztowne i meczące. Ale nieodpowiedzialnością jest w ogóle nie brać pod uwagę tej wiedzy. My już całkowicie przestawiliśmy się na zdrowe śniadania ( stanowią one 90% spożywanych przez nas pierwszych posiłków). Nie idealne, bo ile teorii tyle ideałów ;) Są to kasza manna, płatki owsiane i najczęściej kasza jaglana z owocami. Dziś na przykład zrobiłam jaglankę z dynią, jabłkiem, żurawiną i granatem. 
Było to jedno z bardziej pracochłonnych i wymyślatych moich śniadań. Kasza jaglana ma to do siebie, że można ją ugotować w większych ilościach i zostawić w lodówce na kilka dni. Także potem pozostaje mi tylko dobrać dodatek do kaszy. Najczęściej są to jabłka z uwielbianym przez synów cynamonem. Czasem do tego podpiekam banany. Książki Marka Zaremby mają wiele ciekawych przepisów, które są dla mnie inspiracją. Początkowo robiłam wszystko dokładnie wg przepisów, ale z powodów finansowych i niechęci do marnowania jedzenia, musiałam dostosować nieco dietę do ilości członków rodziny i finansów właśnie. Żywność eko jest droższa i trzeba, moim zdaniem, dostosować zakupy do budżetu i chęci. Bo nie chodzi o to, żeby gotować zdrowo i chodzić non stop poirytowanym. Nie o to chodzi. Ja wprowadzałam wszystko etapami, powoli się ucząc. Natomiast jeśli chodzi o zdrowie, to 
  • unikam lekarza jak ognia, bo poczekalnia to źródło kolejnych chorób ( oczywiście w granicach rozsądku!!!)
  • regularnie serwuję dzieciom tzw. bomby witaminowe 
  • każdy kaszel, katar czy kichnięcie to serwowanie zwiększonej dawki witaminy C, spożywamy jej także więcej w okresie jesienno-zimowym, a także witamin D i K
I muszę przyznać, że w porównaniu do sytuacji sprzed kilku lat, jest ogromna poprawa. Nasz pierwszy syn miał częściej antybiotyk w pierwszym roku życia niż jego bracia razem wzięci w ciągu ich całego życia. Oczywiście wiązało się to także z innymi elementami. Zmiana sposobu żywienia to nie dotknięcie magicznej różdżki. 
    Kolejnym tematem, który spędza sen z powiek zdecydowanej większości matek to porządek. A raczej jego notoryczny brak. I można udawać, że nie widzi się bałaganu. Jeśli potrafisz- ciesz się! Ja nie widzę bałaganu tylko wtedy, gdy jestem chora... Po prostu oboje z mężem wolimy czystość i kiedy jest brudno, chodzimy jak tykające bomby zegarowe! To nie oznacza, że u nas zawsze lśni, tak się nie da mając tyle sił i chęci co ja i tyle sił i chęci bałaganienia co nasze łobuziaki. Jest jedno ALE. Zasady. W zachowaniu względnej czystości bardzo pomagają zasady. Nie ma jedzenia na górze, wynoszenia zabawek na dół ( sypialnie - góra, salon-dół) itd. Każdy z nas powinien postawić granice dzieciom tak, żeby móc spokojnie żyć. Dzieci nie muszą być centrum naszego świata i też powinny się dostosować do naszych uczuć. Wiadomo, że kilkumiesięczny bobas będzie miał na dole zabawki, żeby mi było wygodniej się nim zajmować. Ale kto opanował chodzenie po schodach ( czy też raczkowanie po schodach), ten bawi się na górze i basta! Drugim elementem, który pomógł mi chyba najbardziej był  MINIMALIZM. Dopiero niedawno uświadomiła mi koleżanka, że jestem minimalistką z natury. Zachwycił mnie jej entuzjazm w ograniczaniu przedmiotów po lekturze ksiązki "Minimalizm daje radość",  która jest już na liście tego, co koniecznie przeczytać muszę. Im więcej mamy przedmiotów, tym trudniej jest nam je opanować. A dotyczy to przede wszystkim zabawek. Czy na pewno Twoje dziecko potrzebuje ich wszystkich naraz? Nie? To po co są pod jego ręką? U nas 3/4 zabawek siedzi na strychu ( u innych np. wysoko w szafach pochowane w pudłach) i co jakiś czas je wymieniamy. Mamy też umowę, że jeśli porządku nie będzie, zmniejszymy ich ilość.  Mniej więcej wygląda to tak:




Pierwszy regał stoi na podłodze i są to zabawki, którymi mogą bawić się wszyscy. Nad nim wisi półka z grami edukacyjnymi i puzzlami dla starszych synów. Ponadto mają skrzynię z drewnianymi torami i pociągami oraz pudło z klockami. I książki w sypialni, poza zasięgiem dwulatka. Ten system panuje u nas od kilku miesięcy i jest najefektywniejszym póki co wymyślonym. Zabawek jest na tyle mało, że chłopcy nad nimi panują, ale też mają co robić. Są jeszcze gry planszowe bardziej skomplikowane, które tylko my możemy wyciągać i są poza ich pokojami. Wspomnę o nich poniżej odnośnie edukacji.  Minimalizm warto wprowadzić w ubraniach, kosmetykach, urządzeniach domowych. Mieć tylko to, co się używa naprawdę a nie "może kiedyś się przyda". Ja jestem na etapie wprowadzania go na większą skalę, bo widzę, że im więcej mam, tym jest mi trudniej! Cały problem polega na tym, że trzeba też szanować pozostałych członków rodziny i ich potrzeby. Także potrzebę posiadania czegoś. To trudna szkoła negocjacji, ale warto się poświęcić. I jeszcze ostatnia sprawa - sprzątanie i pranie staram się robić "eko". O tym kiedyś już pisałam tutaj . Nie zawsze mam czas i siły na wszystkie elementy ekologicznego sprzątania, mam na myśli aktualny stan zaawansowanej ciąży, ale staram się chociaż kupować ekologiczne środki czystości.
    Ostatni temat to mój ulubiony. Edukacja dzieci. To jest coś, co lubię robić i na co nigdy nie mogę znaleźć wystarczająco dużo czasu. Powszechne jest dziś tworzenie dzieci geniuszów. Koniecznie instrument, pływanie, szachy, języki obce itd. Nie uważam, że trzeba robić tak jak wszyscy, czy w jedną stronę ( o czym wspominałam) czy w drugą - posłać do szkoły i się nie interesować. Gdybym mieszkała w mieście i musiała wrócić do pracy, poszukałabym placówki, która mi odpowiada. Przedszkola i szkoły różnią się od siebie i rodzice mają wybór. Szczególnie jeśli chodzi o przedszkola. My natomiast zdecydowaliśmy się na edukację domową. Z wielu przyczyn i nie o tym chcę pisać. Chciałabym raczej opisać jak to u nas działa. Do szkoły "chodzi" tylko najstarszy syn. Mamy książki, ćwiczenia i z nich korzystamy. Ale staram się także, żeby dzieciaki uczyły się przez zabawę. Bardzo dużo daje rozsądne kupowanie gier czy puzzli i proszenie rodziny właśnie o konkretny zakup w ramach prezentu. Często kupuję z serii CZu CZu dla młodszych, puzzle mapy i edukacyjne gry planszowe. Aktualnie na fali mamy "Było sobie życie". Chłopaki kochają bajki z tej serii ( właśnie jednym z prezentów były wszystkie części), a teraz gramy w grę planszową. I także dorośli mogą się wiele z niej nauczyć, co sprawia, że nie jest nudna. Mieliśmy etap memory flagi świata. Bardzo lubimy robić tzw. lapbooki.   Świetnym prezentem, który dostaliśmy były pusy. Myślę, że sprawia mi to tyle przyjemności, bo sama byłam w szkole klasycznym panikującym kujonem, który bał się sprawdzianów i uczył się na pamięć i oczywiście nic z tego nie pamiętam. Teraz uczymy się wszyscy razem i świetnie się przy tym bawimy! Nawet jeśli pracujesz, nie rezygnuj z takich zabaw. Oczywiście nie masz czasu tyle co osoba pozostająca w domu z dziećmi, ale ten czas rozwoju dla was jest też czasem z dzieckiem, który na zawsze pozostanie w jego wspomnieniach. Nawet z młodszym dzieckiem można usiąść i pograć - ja lubię zabawki  typu montessorii. Dziecko się rozwija, a mama nie umiera z nudów ;) I wszyscy miło spędzamy czas. 






































wtorek, 4 października 2016

ABORCJA - EKSKOMUNIKA - ADOPCJA

   Od prawa do lewa media rozpisują się, jak wiele osób wzięło udział w #czarnymproteście. Można przeliczyć, że nie był to nawet 1% kobiet w Polsce ( ktoś tak podawał), a można stwierdzić, iż było to wielkie pospolite ruszenie. Kobiety walczyły o prawo do zabijania dzieci. Nie nazwę ich feministkami, bo pierwsze feministki z aborcją walczyły i uważały ją za przemoc mężczyzn wobec kobiet. Poza tym feminizm w pierwotnym swoim znaczeniu walczył o prawa kobiet, walczył o kobiety. Dziś polskie ruchy nazywające się feministycznymi walczą o lewicowe prawa, na których póki co najlepiej wychodzą mężczyźni. Polskie pseudofeministki raczej nie zajmują się troską o kobiety. Walczą natomiast z Kościołem, któremu tutaj bezczynności zarzucić nie można.
   Polskiego Kościoła też bronić nie będę. Jest tak poprawny politycznie, że już wytrzymać nie można. Nie ma odwagi zabrać zdecydowanego głosu w sprawach zasadniczych. Ten króciutki liścik, wykorzystany przez te ofiary losu, co nawet nie wiedzą jak się w kościele katolik zachowuje, był żenująco poprawny politycznie. Mamy dziś na świecie Kościół katolicki tchórzliwy. Podaje on, że ok 90% Polaków do niego należy. Ja się pytam: należy czy płaci? Czcimy Jana Marię Vianneya, słynnego proboszcza z Ars, ale nikt by jego kazań nie przeczytał. Bo ludzie by z kościoła uciekli. W przestrzeni publicznej nawet napisać w tym katolickim kraju nie wolno, że są diabły, szatan czeka i krąży kogo pożreć, bo cię zaraz uznają za wariata. Aborcja na przykład jest grzechem tak ciężkim, że zahacza o ekskomunikę!!! Prawdą jest, że w Roku Miłosierdzia papież Franciszek dopuścił zwolnienie z tej ekskomuniki powszechniej, ale czy przeciętny katolik w ogóle wie o tym? Czy wie, że dokonać lub poddać się aborcji grozi wykluczeniem z Kościoła Katolickiego??? Jeśli Twoim zdaniem, to przesada, to po co chodzisz do kościoła? Po co bierzesz ślub kościelny? Po co prowadzisz dzieci do Komunii i robisz im wodę z mózgu nie chodząc potem wcale do kościoła z nimi? Biblia mówi jasno (Apokalipsa): 
"Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust" 
     Oczywiście ja nie osądzam, bo czy ja znam wasze dusze? Swojej zrozumieć i nawet poznać nie potrafię, a cóż dopiero drugiego człowieka! Ale jeśli wierzysz w Boga i wierzysz, że Jezus Chrystus umarł na krzyżu za Twoje grzechy, to dlaczego żyjesz tak, jakby to nie miało żadnego znaczenia?

     Chciałabym, żeby z tej całej awantury o prawo do aborcji wyszło coś pozytywnego. Nie ukrywam, że temat adopcji chorego dziecka w naszym domu, także ze znajomymi, poruszany jest dość często. Ale takich decyzji nikt nie powinien podejmować pod wpływem emocji, sytuacji na scenie politycznej czy jakiejś presji. Prawdą jest, że dzieci chore w Polsce adoptowane są bardzo rzadko. Jeśli ktoś je przyjmuje, to ludzie z zza granicy. Ale nie wynika to z braku naszej narodowej empatii, lecz w dużym stopniu z chorej sytuacji prawnej. Napiszę na własnym przykładzie. Jesteśmy rodziną o średniej zamożności. Mamy dom, auto i... kredyt. I do tego całkiem niezłą gromadkę mężczyzn na utrzymaniu. Poza tym wszelkie warunki, żeby przyjąć pod nasz dach więcej dzieci. Dom jest duży, na sporą gromadkę zaplanowany. Jest tylko jedno "ale". Gdybyśmy byli biedni, gdybyśmy pili i korzystali z MOPSu, to dostawalibyśmy pieniądze na utrzymanie dziecka. Ale jeśli jesteśmy zaradni i niczego nam nie brakuje, adopcja dziecka, także chorego, to ogromne wyzwanie finansowe. Bo nikt nie mówi, że jest inaczej. Dlatego jedyną opcją dla osób, które znalazłyby w sercu miejsce dla nie swojego dziecka, jest rodzina zastępcza. Wtedy znika w dużym stopniu ten problem. Ale znikają też prawa tego dziecka wynikające z pokrewieństwa. Jest to też przestrzeń do nadużyć. Oczywiście możemy się zastanawiać, czy w ogóle dobrą instytucją do dystrybucji pieniędzy ludzi, jest państwo, ale to już sprawa polityczna. Problemem jest oczywiście fakt, że państwo da pieniądze rodzinie zastępczej, ale nie biologicznej... Taki mamy chory system. I czy dyskusja, która się własnie toczy na scenie politycznej, nie powinna iść teraz w tym kierunku??? 

Zabijanie to droga ekonomiczna, wymyślona i propagowana przez ludzi, którym wyprało mózgi. Ludzi, którzy przeliczają człowieka na złotówki albo raczej dolary. Społeczeństwo inteligentne wie, że to droga prowadząca do samounicestwienia. Chrześcijanin powinien od razu taką drogę porzucić bez zbędnych dyskusji. My powinniśmy się teraz skupić na tym, jak zbudować społeczeństwo wrażliwe, zorganizowane  i wspierające tych, którzy nasze człowieczeństwo odbijają jak w lustrze. 












sobota, 1 października 2016

JEDNAK JESTEM ZA WYBOREM

   Bardzo cenię sobie wolność. Może czasem aż za bardzo, bo nie potrafię znieść ludzi, którzy próbują mi mówić, co mam robić. W pracy, w rodzinie. Podnosi mi się ciśnienie, kiedy ktoś chce mi mówić jak mam żyć, ile mieć dzieci, kiedy wrócić do pracy i najlepiej jeszcze do jakiej pracy. Jestem zatem bardzo świadoma swoich praw, a ludzie którzy ze mną kiedykolwiek współpracowali na pewno to potwierdzą. Nie krzycz na mnie, bo ja  nie będę siedziała cicho.
   Jestem w 100% za wolnością religijną. Dużo bardziej posuniętą niż wyznaje większość z was - jestem za wolnością wobec rodziców, dziadków, sąsiadów i znajomych. Kompletnie nie potrafię pojąć po co ludzie chrzczą i posyłają dzieci do Komunii Świętej, jeśli do Kościoła tak naprawdę przynależeć nie chcą. Nie wiem po co im ślub kościelny, jeśli nawet nie znają 10 przykazań. Nie wiem po co stoją co niedzielę jak najdalej od ołtarza. Nie mają ciekawszego pomysłu niż stać i np. przeszkadzać rodzicom, którzy ze względu na zachowanie dzieci stoją pod drzwiami ( w naszym wiejskim kościółku jest naprawdę mało miejsca i z wózkiem wjechać się nie da) albo ludziom, którzy musieli wyjść ze względu na duchotę? Nie mam nic przeciwko wyznawcom judaizmu, islamu, buddyzmu czy wszelkim odmianom chrystianizmu. Niech każdy wyznaje, co uważa za słuszne, co czuje, co do której religii jest pewny. Albo niech jest ateistą, agnostykiem czy co tam mu rozum podpowiada. Oczywiście moja akceptacja ma granicę - jest nią moja wolność. Jeśli którakolwiek z tych religii zachęca do krzywdzenia czy zabijania - prawo powinno dawać możliwość interwencji.
   Nie widzę problemu w tym, żeby ktoś ubierał się w dres, a ktoś nosił glany. Nie podoba mi się aktualny niemęski styl młodych chłopaków, ale czy to moja sprawa? Nie obchodzi mnie ile masz dzieci, ilu miałaś mężów. Nie interesuje mnie co palisz, co pijesz i z czego żyjesz. Jeśli coś jest sprzeczne z moją religią - modlę się za ciebie i szanuję twoje wybory. Nie mam pojęcia jakie sąsiedzi mają firanki ani co sąsiadka miała ubrane na ostatniej mszy. Nie patrzę, czy masz w domu bałagan i nie zaglądam po ścianach w poszukiwaniu pajęczyn ( poza tym pająki zabijają muchy i ich hodowla ma sens :) ).
   Osoby homoseksualne spotkane przeze mnie na drodze życia nigdy nie usłyszały z moich ust niczego niemiłego i nawet jeden kolega powiedział, że gdyby wszyscy katolicy mieli  moje podejście do sprawy odmiennej orientacji seksualnej, na świecie żyłoby się lepiej.
   Szanuję prawo wszystkich do wyboru, decyzji. Ale WSZYSTKICH jest u mnie całkiem dosłowne. Uważam, że prawo do życia jest największym prawem. I szanuję to prawo każdej osoby na tym świecie od pierwszych sekund jej życia.









sobota, 24 września 2016

Aborcja. Protest za życiem.

          Jestem totalnym przeciwnikiem aborcji, widać to od początku mojego bloga. I wiele osób patrząc na mój profil na fb albo czytając moje wpisy pewnie ma podniesione ciśnienie tak jak ja, kiedy czytam te lewicowe. Generalnie mam podejście do życia, że coś jest białe albo czarne. Zawsze jednoznacznie oceniam czyn, nigdy człowieka.
         Potrafię nawet zrozumieć obrońców obecnego stanu prawnego. To taka pozycja, w której mamy czyste sumienie, bo nam nic nie wyrzuca, a jednocześnie nie bierzemy za nic odpowiedzialności. To poniekąd poczucie, że zostawiamy ludziom możliwość wyboru. Bo nie chcemy brać na siebie ich problemów, ich ciężarów. Chcemy nadal udawać, że wszystko jest ok, że nic się nie zmieniło. Gdyby zgwałcona nastolatka miała w efekcie tego przestępstwa dziecko, byłoby ono dla nas chodzącym wyrzutem sumienia. Mielibyśmy poczucie, że jej nie uratowaliśmy. Znów byłoby głośno o pedofilach i znów nikt by z tym nic nie zrobił. Wszyscy krzyczą, że trzeba ich kastrować, a nikt nie ma odwagi wprowadzić tego w życie. Wszyscy wiemy, że takie zboczenia coraz częściej hoduje się przez wszechobecną pornografię i nic z tym nie robimy. Wreszcie wszyscy godzimy się na głupie żarty, gdy jakaś dama w naszym środowisku dojrzewa, a jednocześnie nikt z nas nie potrafi jej przygotować na grożące jej niebezpieczeństwa. No i oczywiście jeszcze to opiekowanie się tą nastoletnią mamą przez tyle czasu! Bo przecież gdyby dziecka nie było, to po miesiącu można ją olać, można zapomnieć, a tak? Może by trzeba było zorganizować jej wyjazd, bo by tego potrzebowała? Może opłacać psychologów, ginekologów, położną i wszystko dookoła. Lepiej powiedzieć jej - masz wybór. Możesz dokonać terminacji ciąży ( i wielu takich ciepłych i jasnych terminów się wtedy przy niej używa) i pozbyć się problemu. A możesz heroicznie, niczym bohaterka z Hollywood urodzić mężnie to dziecko. Bo ona wtedy przecież najbardziej czuje się mężna i silna. Wtedy na pewno widzi siebie rodzącą dziecko. I my jej wtedy tak pomagamy każąc jej podjąć decyzję. Tacy jesteśmy wrażliwi!
          Podobnie ma się sprawa z rodzicami, którzy spodziewają się pięknego, różowego bobaska, okazu zdrowia. A słyszą, że dziecko będzie chore. W mediach i na portalach społecznościowych najczęściej podaje się przykłady dzieci z bezmózgowiem, zespołem Pateau, czasem tak mi znanego Edwardsa. A ja mając biegającego zdrowiutkiego Tomeczka pisząc nazwę tej wady nadal mam oczy pełne łez. Znów ściska mi serce i tak bardzo współczuję tym wszystkim rodzicom. Nosić pod swoim sercem dziecko ze świadomością, że może będzie żyć tylko chwilę i może będzie go bolało. Tego nie rozumie nikt, kto tego nie przeżył. A że najczęściej zabija się dzieci z zespołem Downa jest przemilczane. Nikt nie zrozumie bólu rodziców zajmujących się dziećmi chorymi. Także tymi po wypadkach, chorobach o których nam się nawet nie śniło. Dlaczego zatem jestem taką nieczułą jędzą i nie pozwalałabym tym rodzicom decydować o życiu lub śmierci ich dzieci? Myślę, że miarą poziomu emocjonalno - intelektualnego społeczeństwa jest to, jak traktuje ludzi chorych, bezbronnych. Bo oto kolejny raz chcemy się pozbyć wyrzutów sumienia. Już mamy dość nieustannych wpisów z prośbą o pomoc tylu chorych dzieci na fejsiku. Ileż można przelewać? A może musiałabym sobie odpuścić 10-tą torebkę, żeby komuś pomóc? A może mnie naprawdę  nie stać na to pomaganie i wnerwia mnie to najzwyczajniej, że jest tyle bólu i cierpienia? Chcielibyśmy widzieć świat dobry, bez wad, bez bólu i trudności. Żyć w świecie, gdzie zarabia się na przyjemności, a nie na to, by przetrwać. I oto staje  przed nami istota, która nigdy sobie do końca bez pomocy drugiego człowieka nie poradzi. Istota, która ma na twarzy wypisany ból, a my go nie chcemy widzieć. Malutki człowieczek, który nie pasuje do kanonu urody, bo nie ma mózgu. Powiem wam o czym ja marzyłam myśląc, że Tomek może umrzeć. Żeby umierał w ciepłych ramionach matki ( nie zatruty środkami poronnymi albo rozerwany szczypcami). Żeby odczuł tyle miłości w czasie, jaki będzie mu dany, ile tylko bylibyśmy w stanie mu dać. Żeby ucałowali go bracia, przytulili i zdążyli pokochać. Żeby Maksymilian spróbował go zapamiętać i wiedział, że ma świętego braciszka w niebie. I  bardzo współczuję wszystkim rodzicom, którym wmawia się, że są bez serca pozwalając na cierpienie własnego dziecka. To tylko głos tych, którzy nie chcą żyć ze świadomością, że na świecie jest ból i cierpienie. Że śmierć zawsze ma nad nami przewagę i koniec końców to ona wygrywa. Czy można mówić o miłości do dziecka przez pryzmat zabicia go? A co motywuje do tak tragicznych decyzji tak wielu rodziców dzieci z zespołem Downa? Ich dzieci nie cierpią tak jak te głośne w TV. Dlaczego one zasługują na śmierć? Bo wymagają poświęcenia. Albo trudnej decyzji o ich oddaniu i życiu z tą świadomością i oceną ludzi wokół. A my jesteśmy specjalistami w ocenianiu! Kiedyś na mszy siedziałam z tyłu. W naszej parafii jest dziewczynka z zespołem Downa, która czasem coś powie na głos, czasem się wierci. Jak dla mnie zachowuje się lepiej niż nie jedno dziecko w naszym kościele bez wady genetycznej, ale niewychowane. I pamiętam takiego dziadka, który się tak gapił pretensjonalnym wzrokiem i kiwał głową, kiedy ona właśnie coś powiedziała albo się ruszyła. Mi ona w ogóle nie przeszkadzała. Ale siedziałam za nim i miałam serdecznie dość jego wiercenia się, wzdychania i kiwania głową ( nawet kiedy nic nie robiła). Naprawdę miałam ochotę podejść do niego po mszy i zwrócić mu uwagę! Nie zdążyłam. Przypuszczam, że wielu niemiłych chwil doświadczają tacy rodzice. Zresztą można o tym przeczytać na ich blogach. Bo nasze społeczeństwo w tym pokoleniu jest upośledzone emocjonalnie. Na szczęście młodzi ludzie mają większą wrażliwość i wiedzę na ten temat. Niestety było mi też dane doświadczyć sposobu, w jakim informowana jest matka, czy też rodzice, o podejrzeniu wady genetycznej. Lekarz, który mnie informował ma tyle wypisanych osiągnięć naukowych , tytułów, artykułów i kursów, że nie mieszczą się na jednej stronie. Ale człowiek ten nie ma pojęcia co to jest empatia. Nie ma pojęcia jak może czuć się matka. Siedzi z kamienną twarzą, czeka aż się wypłaczesz i informuje o prawie do dalszych badań i prawie do aborcji ( co trzeba pisemnie zaświadczyć: dnia tego i tego zostałam poinformowana o przysługującym mi prawie do aborcji). Dowiadujesz się, że masz chore dziecko i za chwilę masz to napisać. Nikt Ci nie mówi, że są fundacje wspierające takich rodziców, hospicja perinatalne, że ci współczuje. Ty wiesz, że za Tobą są kolejni pacjenci ( sama czekałaś już 40 minut dłużej) i czas się pozbierać i wyjść na świat, jak gdyby nic się nie stało. No i oczywiście musisz szybko podejmować decyzje, bo masz czas do 21 tygodnia!  Więc czy można mówić tutaj o wolności podejmowania decyzji? To jest wolność czy raczej obarczenie ludzi decyzją, która będzie uzasadniona z ekonomicznego puntu widzenia ich i społeczeństwa? Społeczeństwo daje Ci przekaz - my pozwalamy zabijać takie dzieci, bo ich nie chcemy, ale Ty masz wybór. Ja się pytam - gdzie tu jest wybór??? To żaden wybór. To presja, której jedni ulegają, inni nie.
                 Przypadek trzeci - zagrożenie dla życia matki. Czym różni się ono od tego proponowanego w ustawie proponowanej przez komitet "Stop aborcji"? Bezpośredniością. Zagrożenie dla życia matki jest pojęciem bardzo ogólnym. Jest wiele problemów w ciąży, które mogą doprowadzić do śmierci. Jak chociażby odklejenie się łożyska. Dziecko umiera z niedotlenienia, a matka się wykrwawia. Zagrożeniem, gdzie powszechnie proponowana jest współcześnie aborcja jest zagnieżdżenie się dziecka w bliźnie po cesarskim cięciu. Ale nie trzeba wiele się napracować, żeby doczytać o wielu przypadkach, gdzie taka ciąża przebiegła bez komplikacji do samego końca. Przypuszczam, że będąc po kilku cesarkach bez problemu znalazłabym lekarza, który dokonałby aborcji na podstawie tego, że dziś oficjalnie maksymalna ilość cesarek w Polsce to trzy. Każda następna zagraża mojemu życiu. Nikt nigdy nie każe matce się poświęcać. Nie każe jej umierać, a już w ogóle idiotyzmem jest wskazywanie, że umrze i matka, i dziecko. Ale nie może być tak, że ja jestem nieodpowiedzialna i po 5 cesarkach zachodzę w ciążę i mówię - mam prawo do aborcji. Albo dziecko zagnieździło się w bliźnie i nie mam ochoty na stres i ciążę pod ścisłym nadzorem ( wizyty co najmniej raz na 2 tygodnie).
             Zabijanie dzieci jest zawsze złe.
          Chciałabym także wspomnieć co nieco o tych kobietach, które aborcji dokonały. Ja im wszystkim współczuję. Najbardziej tym, które nie potrafią z tym żyć. Znam ludzi, którzy tym kobietom fachowo pomagają. Całymi latami dręczą je wyrzuty sumienia. I nie ma przy nich tych, którzy aborcję im proponowali, wykonywali, doradzali. Nie ma też tych, którzy walczyli o prawo wyboru. Kto pomaga tym kobietom, kto pomaga samotnym matkom, ludziom chorym? W zdecydowanej większości są to przeciwnicy aborcji. Współczuję także tym kobietom, które traktują aborcję jak wyrwanie zęba. Jak poranione muszą być ich serca, że tak się znieczuliły...
             Jestem za totalnym zakazem aborcji. Jestem za odpowiedzialnością.

















środa, 10 sierpnia 2016

Nadchodzą mentalne zmiany?

Jestem w szoku. W TV pojawiają się reklamy, gdzie rodzina ma troje dzieci! Polska szaleje! Oczywiście wolałabym, żeby ich tam było pięcioro, ale nie jestem specjalistką od marketingu, więc nie będę już wymyślać. Ale to nie jedyne zmiany, jakie zauważyłam. Coś zmienia się w ludziach. Kiedy urodziłam trzeciego syna, nieustannie gratulowano mi odwagi ( przy czwartym chyba musiałabym zostać wpisana do jakiejś księgi rekordów, tylko jakiej? ). Jacy my nie jesteśmy odważni, że w dzisiejszych czasach, że bez miliona na koncie takie szalone decyzje. Często mnie pytano: a kiedy czwarte? Czasem odpowiadałam: gdy wy będziecie mieć trzecie. I słyszałam, że nie, bo brak środków, że już wiek nie ten albo że już do pieluch ciężko wrócić. I spotykam dziś te same mamy, a to mama jedynaka jednak się odważyła, a inna mówi, że zaczęła się widzieć z trzecim... Jasne, że nie każdy ma predyspozycje do posiadania dziesięciorga dzieci. Wielu z nas nie ma takiej ufności w Boże działanie, żeby się zdecydować na dziecko, kiedy się ledwo domyka budżet. Są kobiety wśród nas, które marzyły o licznej gromadce, a Bóg miał wobec nich inne plany i musiały to przyjąć. Ale dobrze jest, kiedy nie mamy obsesji ani w jedną, ani w drugą stronę. Ja głęboko wierzę, że Bóg ma dla każdego z nas plan, który możemy ( wolna wola, nie musimy!) realizować. I warto nie zagłuszać Jego prośby o przyjęcie kolejnego potomka. Ale nie trzeba też sobie niczego wmawiać albo porównywać się z innymi. Boże daj mi umiejętność słuchania i naucz podejmować mądre decyzje.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Historia Tomka - świadectwo

Zostałam poproszona o krótkie świadectwo, o opisanie naszej historii. Nie spodziewałam się, że tyle osób ją przeczyta. Dzięki temu pisałam bardzo szczerze. Dzielę się nią zatem i tutaj:

Historia Tomka.

Na pierwsze badania prenatalne udaliśmy się pod koniec września, zgodnie z wytycznymi dotyczącymi wieku płodu. Standardowo kolejka, pobranie krwi i wreszcie wejście do gabinetu. Pani doktor zrobiła szczegółowe USG, zapewniając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Dowiedzieliśmy się, że będziemy mieć trzeciego syna. Pani doktor mówiła, że wygląda wszystko świetnie. Jednakże zostawiła furtkę mówiąc, że nie może nam nigdy dać 100% pewności, że dziecko nie będzie chore. Pamiętam, że powiedzieliśmy jej, iż nie ma to dla nas znaczenia w sensie radości z jego posiadania, ale chcielibyśmy wiedzieć, gdybyśmy już mogli mu jakoś pomóc w razie choroby. Dowiedziałam się, że wyniki wyślą mi mailem, gdyż jeszcze muszą czekać na wyniki z badania krwi.
13.10.2014r. starsze dzieci były u babci, a ja zrobiłam sobie drzemkę, korzystając z wolnej chwili. Zadzwonił telefon z przychodni, która wykonywała badania prenatalne. Pani BARDZO chłodno i profesjonalnie powiedziała, że chcieliby, abym przyjechała na rozmowę w związku z wynikami badań krwi.Ocuciło mnie to jak kubeł zimnej wody. Drżącym głosem, ze łzami w oczach zapytałam, czy coś jest nie tak? Pamiętam do dziś to zirytowane: "tak! czy może Pani przyjechać jutro na 21:30 (!)? Pani doktor, która robiła USG ma urlop, więc przyjmie panią inny lekarz. " Do dziś pamiętam, że to jutro, to był wtorek. Oczywiście, że się zgodziłam, wsiadłabym w samochód w tej chwili. Poszukałam najczęstsze wady genetyczne, zdobyłam wiedzę na temat wszystkich trisomii i modliłam się płacząc: Boże, żeby to był tylko Down, żeby tylko Down...
Mąż pracował na 18:00, pojechali ze mną rodzice. Poszli wypić kawę do kawiarni obok, zostawiając mnie, za co jestem im bardzo wdzięczna. Gdybym miała z nimi rozmawiać, płakałabym cały czas. To była taka intymna sprawa... Weszłam do gabinetu tuż przed 22:00. Lekarz na wstępie przeprosił mnie za opóźnienie i pamiętam, że byłam wściekła, że mówi mi o głupotach kiedy przyszłam dowiedzieć się, czy moje dziecko będzie żyć! Z oziębłą twarzą i głosem bez emocji poinformował mnie o zwiększonym ryzyku zespołu Edwardsa. Nazwał to trisomią 18 i chciał zacząć tłumaczyć, ale ucięłam mu: wiem! Bo chciałam się uspokoić. Trisomia 18???!!! Kilka godzin, dni, czy może tygodni mój synuś będzie z nami? Lekarz mówił mi to tak, jakby moje dziecko na pewno miało być chore. Naprawdę nie da się opisać, jak mnie zmiażdżył fachowym językiem i wreszcie przystąpił do informowania mnie o moich prawach. Najpierw do prawa wykonania badania genetycznego. Dziś opiszę to tak: skupił się na reklamie płatnego testu harmony. Następnie chciał mówić o prawie do usunięcia ciąży. Odpowiedziałam: proszę o tym nawet przy mnie nie wspominać. Jaki był oburzony! Że on musi mi to powiedzieć! Wreszcie uspokoiłam się, trzeźwym okiem spojrzałam na dokumenty. Na spokojnie. Ryzyko 1:115. To jakiś żart? Mniej niż 1% szans, a ten człowiek mówi do mnie tak, jakby tam było 99%? Powiedziałam mu to. Znów ATAK. Dosłownie zaatakował mnie, że ludzie mają 0% i dzieci się rodzą z zespołem Downa. Tak mnie zagadał, atakował ( wściekły z powodu mojej reakcji na temat aborcji), że wyszłam z gabinetu z przekonaniem, że moje dziecko umrze. Dziś widzę, że realne prawdopodobieństwo było tak małe! Ale ten człowiek zrobił mi wodę z mózgu!
Kiedy wróciłam do domy, nie mogłam jeść, ciągle płakałam. Byłam wściekła na męża, który przeżywał to w sobie, a ja zostałam jakby sama. Zastanawiałam się, jak to zorganizujemy. Takie pożegnanie itd. Bardzo pomogła mi moja pani ginekolog, której poglądy są zbieżne z moimi. Doradziła, abym wybaczyła lekarzowi. Podkreślała, że ona nie widzi żadnych wad, a Edwardsa powinna widzieć, to bardzo poważna choroba. Jej słowa: Jeśli Bóg dał wam chore dziecko, to da siły, aby je wychować. Powoli godziłam się z myślą, że muszę czekać do porodu. Nie stać nas było na test harmony, a ryzyko poronienia przy amniopunkcji jest większe niż 1:115... Atmosfera w domu ciężka, bo ja jestem wrakiem człowieka. Ciąża emocjonalnie zawsze jest ciężka, a moja sytuacja jeszcze mnie bardziej rozchwiała. I nagle okazało się, że dziecko nie przybiera na wadze, jest za drobne. Już miałam dość. To pierwsza oznaka - niska masa urodzeniowa. Byłam w szpitalu z podejrzeniem hipotrofii płodu. Poleżałam, odpoczęłam i mały zaczął przybierać. Jego stan był wynikiem moich stresów.  Nie potrafiłam się cieszyć ciążą, bo bałam się, że zaraz to dziecko stracę. Dwa miesiące później miałam już stany depresyjne. Nie chcę tego opisywać, to za bardzo boli.
Tomek urodził się zdrowy. Mała drobinka, której zafundowałam mnóstwo niepotrzebnego stresu tylko dlatego, że lekarz miał ochotę "przejechać po mnie walcem". Przecież to ryzyko było tak małe, że powinien mi to tam podkreślić. Błąd wyniku krwi wynosi 1:20! Ale jemu chodziło o pieniądze... Tomek jest zdrowiutki, karmiony piersią i śliczny. Mamy z nim tylko jeden problem. W stresie, gdy się uderzy albo wystraszy, zanosi się. Przestaje oddychać, robi się siny. Gdyby aborcja była zakazana, nie przeżyłabym tego. Lekarz nie miałby ochoty robić wszystkiego, abym przyniosła im zyski.

Sprawa Alfiego

O historii małego Alfiego, którego próbuje się zabić w Liverpolu słyszeli już chyba wszyscy. I wierzyć się nie chce, że takie rzeczy dzieją ...