sobota, 21 stycznia 2017

Afryka


Wyruszyliśmy z chłopakami w podróż do egzotycznej Afryki! Odszukaliśmy kontynent na globusie, zaznaczyliśmy go na mapie, pokolorowaliśmy i przyjrzeliśmy się Afryce w atlasie ( " Mój pierwszy atlas świata")

Poznaliśmy nieco afrykańskich zwyczajów i ludów.


Ogólnie ze względu na wiek chłopaków, nie chciałam zasypywać ich milionem informacji. Zależało mi, żeby wiedzieli gdzie jest Afryka, że jest tam odmienna kultura oraz roślinność i zwierzęta. Powycinałam im puzzle i memory oraz kolorowanki ze strony Fundacji Edukacji Międzykulturowej.
Ponadto zobaczyliśmy sobie jakiś dokument o zwierzętach Afryki i mam nadzieję, że ziarno zostało zasiane.



Wpis sprzed 1,5 roku, którego przez przypadek nie opublikowałam, może się przyda :)



piątek, 20 stycznia 2017

Dlaczego edukacja domowa...

    Postanowiłam napisać co nieco o naszej decyzji odnośnie edukacji domowej. Skąd wziął się ten pomysł i dlaczego się na to zdecydowaliśmy.
     Pierwszy raz słysząc o edukacji domowej pomyślałam i powiedziałam - to absolutnie nie dla mnie. Nie mam cierpliwości. Chcę wreszcie znaleźć pracę, gdzie będę się realizować. Później temat wrócił jak bumerang z zupełnie innej strony. Koleżanka bardzo poważnie rozważała temat. Ja czułam się w obowiązku (???) studzić jej zapał. Oczywiście widziałam ją w tej roli, ale nie siebie. Wtedy wydawało mi się, że chcę jej pomóc, ale dziś myślę, że pomagałam sobie oddalić wyrzut wobec mojego nastawienia. A może teraz zbytnio to analizuję...? Tak czy owak, zawsze uważałam, że pomysł jest świetny, ale nie dla mnie. Za jakiś czas znów temat powrócił, z zupełnie innej strony. Tym razem znajomi  NAMAWIALI nas , żebyśmy się zdecydowali, bo oni żałują, że wcześniej nie znali takiej możliwości. Już pozwoliłam im na przedstawienie argumentów, jakby postawiona pod ścianą. No i fakt, że nasz najstarszy syn wystrzelił w tym czasie z rozwojem szokując nas bardzo sprawił, że postanowiliśmy spróbować. Był to czas przedszkola, a zatem żadnych zobowiązań, egzaminów, tylko taki teścik dla nas, czy się w tym odnajdziemy i czegoś go nauczymy.
     Teraz mogę już powiedzieć, dlaczego postanowiliśmy kontynuować edukację w domu, a nie posyłać chłopaków do tradycyjnej placówki. Pierwszy powód to lenistwo. Moje własne. Odkryłam, że brak konieczności zaprowadzania dzieci do przedszkola daje mi więcej wolności niż ten czas bez nich w domu. Tak, bywają dni, że bardzo żałuję, że nie mogę wystrzelić ich w kosmos na kilka godzin. Ale rekompensują mi to spokojne poranki, kiedy wstaję całowana przez trójkę wspaniałych chłopaków albo budzę całuskami tę samą ekipę z informacją o gotowym śniadaniu. Nasze poranki są spokojniejsze, a dzięki temu i ja się tak nie denerwuję jak kiedyś. Nie mam dzięki edukacji domowej takich zmartwień banalnych - zebrania, pieczenie ciasta, ubrania do szkoły, przynoszenie chorób do domu itp. Są to sprawy proste i dla kogoś moja argumentacja może jest śmieszna. Ale ja jestem z natury panikarą, nerwusem i nie śpię, gdy pojawiają się banalne problemy. I jakoś tradycyjny system edukacji mnie nie uodpornił. Co więcej, dopiero teraz powoli uczę się dystansować do takich szarych problemów.  
     Kolejny powód, to brak rywalizacji. Tak dokładnie - to co wielu uważa za kontrargument dla ED, dla mnie jest właśnie jej plusem. Czy wyścig szczurów, jakiemu został poddany sort dzieciaków lat 80,90 coś wniósł? Oczywiście! Brak umiejętności współpracy, której niby uczymy się w szkole. Widać to wtedy, kiedy się zaczyna pracować. Każdy myśli tylko o swojej karierze, o swoim sukcesie i cierpi na tym najczęściej całościowo projekt czy firma. Nie zauważyłam, żeby szkoła nauczyła nasze społeczeństwo empatii, wzajemnego szacunku, tolerancji. Nikt mnie nie przekona, że edukacja domowa to wyalienowanie dziecka, które nie będzie sobie w stanie poradzić w społeczeństwie. Grupy są wszędzie i nie zauważam problemów ze strony moich synów z odnalezieniem się w tychże grupach. Nie mówiąc o tym, że szkoła tradycyjna to sztuczna gromada dzieciaków w jednym wieku. Czy mamy gdzieś takie grono naturalnie? Ludzie w pracy, wolontariacie, w rodzinie są w różnym wieku. I można świetnie odnajdywać się wśród rówieśników, a kompletnie nie radzić sobie ze współpracownikami starszymi o 20 lat!
      To co mi najbardziej odpowiada w edukacji domowej, to indywidualny rytm pracy. Dziecko jak każdy z nas ma lepsze i gorsze dni. Czasem jest lekko przeziębione, czasem entuzjazm urodzin nie pozwala skupić się na nauce. I możemy sobie wtedy odpuścić, wyluzować i nadgonić, kiedy wpada w wir pracy. A wpada. Teoria o fazach nauki sprawdza się u nas. Były takie tygodnie, że Maks tylko chciał czytać. I uczył się, uczył, nie chciał nic innego robić. Aż nauczył się czytać... zadania z matematyki. Okazało się, że to był jego cel. Uwielbia matematyczne zadanka (wykapana mamusia) i później mieliśmy istne matematyczne szaleństwo. Musieliśmy ściągać jakieś zadania logiczne, konkursowe, żeby nie wybiegał z materiałem, a raczej rozwijał właśnie myślenie logiczne. Później była faza pisania. Okazało się to zadaniem najtrudniejszym, ale wiedząc, że musi umieć pisać na zaliczenie pierwszej klasy, musiałam go nieco mobilizować. Prośba o liścik dla mamy, wypisywanie kartek świątecznych, list do kuzyna. Naszym następnym celem będzie ortografia. Ale ją chcę wprowadzać poprzez gry, zabawy, zagadki itp. Pomysłów w internecie jest mnóstwo. Nie musi to być wkuwanie zasad i słówek na blachę :)
       Kocham edukację domową za to, że ucząc jedno dziecko, łapie cała reszta. Przekonałam się o tym przy okazji nauki języka angielskiego. Robimy to metodą obrazków, piosenek, kolorowanek itp. I ostatnio poprosiłam syna, żeby policzył mi do 10. Na to nasz 4 latek zaprezentował swoją wiedzę, bo myślał, że go pytam. Nieraz kiedy powtarzamy słówka, podpowiada starszemu bratu :) No i nie mówiąc o najmłodszym, niespełna 2-latku tańczącym "Head, shoulders, knees and toes...". Zauważyłam, że kiedy właśnie on powtarza słówka z youtuba, robi to najdokładniej! Słowo "cabbage" w jego wykonaniu zachwyca mnie niesamowicie ;)
       Lubię uczyć swoje dzieciaki. Nadal brak mi cierpliwości i daleko mi do nauczycielki doskonałej. Ale rozwijamy się przy tym wszyscy. Przełamujemy swoje ograniczenia, lenistwo. Moi chłopcy potrafią obsługiwać pralkę, zmywarkę, ugotować prosty obiad. Gdy pójdę niedługo na porodówkę to wiem, że Maks lepiej sobie poradzi z pralką niż mąż! Lubię te momenty, kiedy siadamy w łóżku, każdy ze swoją książką. Ja i Maks czytamy, chłopaki udają, że też potrafią... Cenię sobie najbardziej chyba to, że mamy taką swoją relację. Potrafimy pogadać jak dorośli ludzie o swoich uczuciach, słabościach i zaletach. Czasem gramy w gry planszowe, czasem pieczemy zdrowe ciasta z jaglanki ( i uczymy się miar, dodawania itp), czasem po prostu oglądamy dobry film. A czasem kłócimy się o sprzątanie, a raczej jego brak i o mycie zębów. Nie mamy zadań domowych, sprawdzianów.
      Być może za 15 lat powiem, że to nie była dobra decyzja. Ale szczerze mówiąc głęboko wierzę, że nawet jeśli za rok będziemy zmuszeni zakończyć naszą przygodę z nauką w domu, to nasze doświadczenia wyjdą nam na dobre. Już widzę, ile zmieniło się we mnie. W postrzeganiu świata, ludzi, własnych możliwości. Myślę, że zaszczepiliśmy swoim dzieciom, że mogą w życiu robić co tylko zechcą, jeśli będą na to ciężko pracowały. I to chcemy w nich pielęgnować - wiarę we własne możliwości, realizm i pracowitość.














środa, 11 stycznia 2017

Jak ogarnąć dzieciolandię ???

   Czytałam ostatnio wpis pewnej mamy na blogu  mamypunktwidzenia . Słowa: "Znacie to uczucie, kiedy dziecko zasypia a Wy wygodnie siadacie na kanapie z pilotem w jednej ręce oraz kubkiem gorącej czekolady w drugiej? Nie? Ja również. " sprawiły,  że postanowiłam napisać coś od siebie. Od jakiegoś czasu znam to uczucie każdego wieczoru, czasem nawet po południami. Jestem mamą od 7 lat. Dokładnie dziś mój pierworodny syn ma urodzinki i dlatego postanowiłam podzielić się swoim doświadczeniem, jak doszłam do tego etapu - czasu tylko dla siebie z kawą, czekoladą, kakao czy laptopem :)
    Przede wszystkim praca w domu oznacza nieustanne zmiany. To, że dziś jestem w stanie usiąść wieczorem czy w ciągu dnia nie oznacza, że tak było, jest i będzie. Dziś moi chłopcy mają 7 , 4 i niecałe 2 lata, ale za miesiąc w naszym domu powitamy nowego  kawalera i wszystko może ( ale nie musi) przewrócić się do góry nogami. Trzeba się na to nastawić, żeby potem się nie frustrować.
   Dzielę pracę w domu na 3 części:

  1. sprzątanie 
  2. jedzenie
  3. edukacja
Myślę, że to główne obowiązki mamy i żony. Każda z nas jedne lubi bardziej, inne mniej. Ja zdecydowanie najbardziej nie lubię gotować i nie mam do tego talentu. Jest to dla mnie trudny temat, bo każda żona chciałaby zachwycać swoją rodzinę pysznymi obiadkami, a mi raczej takowe nie wychodzą i nie mam do tego serca... Cóż zrobić, nikt nie jest doskonały!
   Dlatego zacznę od jedzenia. Choć nie jest to dla mnie jakaś wielka przyjemność, podchodzę do sprawy bardzo poważnie. Z powodu zdrowia. Wiem już z doświadczenia, a nie z artykułów, że to, co podajemy naszym dzieciom i sobie ma wpływ na nasze zachowanie. Dieta wysokocukrowa, to dzieci żywe, pełne energii, czasem agresywne. Częściej chorujące także. Dlatego na ile pozwala nam kultura, w której żyjemy i otoczenie, ograniczam w naszej diecie cukier i chemię. Widzę na ten temat dostarczyły mi głownie "Zamień chemię na jedzenie", "Jaglany detoks" i 2 kolejne książki Marka Zaremby oraz "Ukryte terapie" J. Zięby. Czytałam też co nieco o oczyszczaniu organizmu, o teoriach św. Hildegardy z Bingen czy diecie dr Ewy Dąbrowskiej.  Oczywiście nie da się, moim zdaniem, przygotowywać zawsze zdrowe posiłki dla rodziny, pełne witamin i dobrze dobrane. Jest to trudne, kosztowne i meczące. Ale nieodpowiedzialnością jest w ogóle nie brać pod uwagę tej wiedzy. My już całkowicie przestawiliśmy się na zdrowe śniadania ( stanowią one 90% spożywanych przez nas pierwszych posiłków). Nie idealne, bo ile teorii tyle ideałów ;) Są to kasza manna, płatki owsiane i najczęściej kasza jaglana z owocami. Dziś na przykład zrobiłam jaglankę z dynią, jabłkiem, żurawiną i granatem. 
Było to jedno z bardziej pracochłonnych i wymyślatych moich śniadań. Kasza jaglana ma to do siebie, że można ją ugotować w większych ilościach i zostawić w lodówce na kilka dni. Także potem pozostaje mi tylko dobrać dodatek do kaszy. Najczęściej są to jabłka z uwielbianym przez synów cynamonem. Czasem do tego podpiekam banany. Książki Marka Zaremby mają wiele ciekawych przepisów, które są dla mnie inspiracją. Początkowo robiłam wszystko dokładnie wg przepisów, ale z powodów finansowych i niechęci do marnowania jedzenia, musiałam dostosować nieco dietę do ilości członków rodziny i finansów właśnie. Żywność eko jest droższa i trzeba, moim zdaniem, dostosować zakupy do budżetu i chęci. Bo nie chodzi o to, żeby gotować zdrowo i chodzić non stop poirytowanym. Nie o to chodzi. Ja wprowadzałam wszystko etapami, powoli się ucząc. Natomiast jeśli chodzi o zdrowie, to 
  • unikam lekarza jak ognia, bo poczekalnia to źródło kolejnych chorób ( oczywiście w granicach rozsądku!!!)
  • regularnie serwuję dzieciom tzw. bomby witaminowe 
  • każdy kaszel, katar czy kichnięcie to serwowanie zwiększonej dawki witaminy C, spożywamy jej także więcej w okresie jesienno-zimowym, a także witamin D i K
I muszę przyznać, że w porównaniu do sytuacji sprzed kilku lat, jest ogromna poprawa. Nasz pierwszy syn miał częściej antybiotyk w pierwszym roku życia niż jego bracia razem wzięci w ciągu ich całego życia. Oczywiście wiązało się to także z innymi elementami. Zmiana sposobu żywienia to nie dotknięcie magicznej różdżki. 
    Kolejnym tematem, który spędza sen z powiek zdecydowanej większości matek to porządek. A raczej jego notoryczny brak. I można udawać, że nie widzi się bałaganu. Jeśli potrafisz- ciesz się! Ja nie widzę bałaganu tylko wtedy, gdy jestem chora... Po prostu oboje z mężem wolimy czystość i kiedy jest brudno, chodzimy jak tykające bomby zegarowe! To nie oznacza, że u nas zawsze lśni, tak się nie da mając tyle sił i chęci co ja i tyle sił i chęci bałaganienia co nasze łobuziaki. Jest jedno ALE. Zasady. W zachowaniu względnej czystości bardzo pomagają zasady. Nie ma jedzenia na górze, wynoszenia zabawek na dół ( sypialnie - góra, salon-dół) itd. Każdy z nas powinien postawić granice dzieciom tak, żeby móc spokojnie żyć. Dzieci nie muszą być centrum naszego świata i też powinny się dostosować do naszych uczuć. Wiadomo, że kilkumiesięczny bobas będzie miał na dole zabawki, żeby mi było wygodniej się nim zajmować. Ale kto opanował chodzenie po schodach ( czy też raczkowanie po schodach), ten bawi się na górze i basta! Drugim elementem, który pomógł mi chyba najbardziej był  MINIMALIZM. Dopiero niedawno uświadomiła mi koleżanka, że jestem minimalistką z natury. Zachwycił mnie jej entuzjazm w ograniczaniu przedmiotów po lekturze ksiązki "Minimalizm daje radość",  która jest już na liście tego, co koniecznie przeczytać muszę. Im więcej mamy przedmiotów, tym trudniej jest nam je opanować. A dotyczy to przede wszystkim zabawek. Czy na pewno Twoje dziecko potrzebuje ich wszystkich naraz? Nie? To po co są pod jego ręką? U nas 3/4 zabawek siedzi na strychu ( u innych np. wysoko w szafach pochowane w pudłach) i co jakiś czas je wymieniamy. Mamy też umowę, że jeśli porządku nie będzie, zmniejszymy ich ilość.  Mniej więcej wygląda to tak:




Pierwszy regał stoi na podłodze i są to zabawki, którymi mogą bawić się wszyscy. Nad nim wisi półka z grami edukacyjnymi i puzzlami dla starszych synów. Ponadto mają skrzynię z drewnianymi torami i pociągami oraz pudło z klockami. I książki w sypialni, poza zasięgiem dwulatka. Ten system panuje u nas od kilku miesięcy i jest najefektywniejszym póki co wymyślonym. Zabawek jest na tyle mało, że chłopcy nad nimi panują, ale też mają co robić. Są jeszcze gry planszowe bardziej skomplikowane, które tylko my możemy wyciągać i są poza ich pokojami. Wspomnę o nich poniżej odnośnie edukacji.  Minimalizm warto wprowadzić w ubraniach, kosmetykach, urządzeniach domowych. Mieć tylko to, co się używa naprawdę a nie "może kiedyś się przyda". Ja jestem na etapie wprowadzania go na większą skalę, bo widzę, że im więcej mam, tym jest mi trudniej! Cały problem polega na tym, że trzeba też szanować pozostałych członków rodziny i ich potrzeby. Także potrzebę posiadania czegoś. To trudna szkoła negocjacji, ale warto się poświęcić. I jeszcze ostatnia sprawa - sprzątanie i pranie staram się robić "eko". O tym kiedyś już pisałam tutaj . Nie zawsze mam czas i siły na wszystkie elementy ekologicznego sprzątania, mam na myśli aktualny stan zaawansowanej ciąży, ale staram się chociaż kupować ekologiczne środki czystości.
    Ostatni temat to mój ulubiony. Edukacja dzieci. To jest coś, co lubię robić i na co nigdy nie mogę znaleźć wystarczająco dużo czasu. Powszechne jest dziś tworzenie dzieci geniuszów. Koniecznie instrument, pływanie, szachy, języki obce itd. Nie uważam, że trzeba robić tak jak wszyscy, czy w jedną stronę ( o czym wspominałam) czy w drugą - posłać do szkoły i się nie interesować. Gdybym mieszkała w mieście i musiała wrócić do pracy, poszukałabym placówki, która mi odpowiada. Przedszkola i szkoły różnią się od siebie i rodzice mają wybór. Szczególnie jeśli chodzi o przedszkola. My natomiast zdecydowaliśmy się na edukację domową. Z wielu przyczyn i nie o tym chcę pisać. Chciałabym raczej opisać jak to u nas działa. Do szkoły "chodzi" tylko najstarszy syn. Mamy książki, ćwiczenia i z nich korzystamy. Ale staram się także, żeby dzieciaki uczyły się przez zabawę. Bardzo dużo daje rozsądne kupowanie gier czy puzzli i proszenie rodziny właśnie o konkretny zakup w ramach prezentu. Często kupuję z serii CZu CZu dla młodszych, puzzle mapy i edukacyjne gry planszowe. Aktualnie na fali mamy "Było sobie życie". Chłopaki kochają bajki z tej serii ( właśnie jednym z prezentów były wszystkie części), a teraz gramy w grę planszową. I także dorośli mogą się wiele z niej nauczyć, co sprawia, że nie jest nudna. Mieliśmy etap memory flagi świata. Bardzo lubimy robić tzw. lapbooki.   Świetnym prezentem, który dostaliśmy były pusy. Myślę, że sprawia mi to tyle przyjemności, bo sama byłam w szkole klasycznym panikującym kujonem, który bał się sprawdzianów i uczył się na pamięć i oczywiście nic z tego nie pamiętam. Teraz uczymy się wszyscy razem i świetnie się przy tym bawimy! Nawet jeśli pracujesz, nie rezygnuj z takich zabaw. Oczywiście nie masz czasu tyle co osoba pozostająca w domu z dziećmi, ale ten czas rozwoju dla was jest też czasem z dzieckiem, który na zawsze pozostanie w jego wspomnieniach. Nawet z młodszym dzieckiem można usiąść i pograć - ja lubię zabawki  typu montessorii. Dziecko się rozwija, a mama nie umiera z nudów ;) I wszyscy miło spędzamy czas. 






































wtorek, 4 października 2016

ABORCJA - EKSKOMUNIKA - ADOPCJA

   Od prawa do lewa media rozpisują się, jak wiele osób wzięło udział w #czarnymproteście. Można przeliczyć, że nie był to nawet 1% kobiet w Polsce ( ktoś tak podawał), a można stwierdzić, iż było to wielkie pospolite ruszenie. Kobiety walczyły o prawo do zabijania dzieci. Nie nazwę ich feministkami, bo pierwsze feministki z aborcją walczyły i uważały ją za przemoc mężczyzn wobec kobiet. Poza tym feminizm w pierwotnym swoim znaczeniu walczył o prawa kobiet, walczył o kobiety. Dziś polskie ruchy nazywające się feministycznymi walczą o lewicowe prawa, na których póki co najlepiej wychodzą mężczyźni. Polskie pseudofeministki raczej nie zajmują się troską o kobiety. Walczą natomiast z Kościołem, któremu tutaj bezczynności zarzucić nie można.
   Polskiego Kościoła też bronić nie będę. Jest tak poprawny politycznie, że już wytrzymać nie można. Nie ma odwagi zabrać zdecydowanego głosu w sprawach zasadniczych. Ten króciutki liścik, wykorzystany przez te ofiary losu, co nawet nie wiedzą jak się w kościele katolik zachowuje, był żenująco poprawny politycznie. Mamy dziś na świecie Kościół katolicki tchórzliwy. Podaje on, że ok 90% Polaków do niego należy. Ja się pytam: należy czy płaci? Czcimy Jana Marię Vianneya, słynnego proboszcza z Ars, ale nikt by jego kazań nie przeczytał. Bo ludzie by z kościoła uciekli. W przestrzeni publicznej nawet napisać w tym katolickim kraju nie wolno, że są diabły, szatan czeka i krąży kogo pożreć, bo cię zaraz uznają za wariata. Aborcja na przykład jest grzechem tak ciężkim, że zahacza o ekskomunikę!!! Prawdą jest, że w Roku Miłosierdzia papież Franciszek dopuścił zwolnienie z tej ekskomuniki powszechniej, ale czy przeciętny katolik w ogóle wie o tym? Czy wie, że dokonać lub poddać się aborcji grozi wykluczeniem z Kościoła Katolickiego??? Jeśli Twoim zdaniem, to przesada, to po co chodzisz do kościoła? Po co bierzesz ślub kościelny? Po co prowadzisz dzieci do Komunii i robisz im wodę z mózgu nie chodząc potem wcale do kościoła z nimi? Biblia mówi jasno (Apokalipsa): 
"Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust" 
     Oczywiście ja nie osądzam, bo czy ja znam wasze dusze? Swojej zrozumieć i nawet poznać nie potrafię, a cóż dopiero drugiego człowieka! Ale jeśli wierzysz w Boga i wierzysz, że Jezus Chrystus umarł na krzyżu za Twoje grzechy, to dlaczego żyjesz tak, jakby to nie miało żadnego znaczenia?

     Chciałabym, żeby z tej całej awantury o prawo do aborcji wyszło coś pozytywnego. Nie ukrywam, że temat adopcji chorego dziecka w naszym domu, także ze znajomymi, poruszany jest dość często. Ale takich decyzji nikt nie powinien podejmować pod wpływem emocji, sytuacji na scenie politycznej czy jakiejś presji. Prawdą jest, że dzieci chore w Polsce adoptowane są bardzo rzadko. Jeśli ktoś je przyjmuje, to ludzie z zza granicy. Ale nie wynika to z braku naszej narodowej empatii, lecz w dużym stopniu z chorej sytuacji prawnej. Napiszę na własnym przykładzie. Jesteśmy rodziną o średniej zamożności. Mamy dom, auto i... kredyt. I do tego całkiem niezłą gromadkę mężczyzn na utrzymaniu. Poza tym wszelkie warunki, żeby przyjąć pod nasz dach więcej dzieci. Dom jest duży, na sporą gromadkę zaplanowany. Jest tylko jedno "ale". Gdybyśmy byli biedni, gdybyśmy pili i korzystali z MOPSu, to dostawalibyśmy pieniądze na utrzymanie dziecka. Ale jeśli jesteśmy zaradni i niczego nam nie brakuje, adopcja dziecka, także chorego, to ogromne wyzwanie finansowe. Bo nikt nie mówi, że jest inaczej. Dlatego jedyną opcją dla osób, które znalazłyby w sercu miejsce dla nie swojego dziecka, jest rodzina zastępcza. Wtedy znika w dużym stopniu ten problem. Ale znikają też prawa tego dziecka wynikające z pokrewieństwa. Jest to też przestrzeń do nadużyć. Oczywiście możemy się zastanawiać, czy w ogóle dobrą instytucją do dystrybucji pieniędzy ludzi, jest państwo, ale to już sprawa polityczna. Problemem jest oczywiście fakt, że państwo da pieniądze rodzinie zastępczej, ale nie biologicznej... Taki mamy chory system. I czy dyskusja, która się własnie toczy na scenie politycznej, nie powinna iść teraz w tym kierunku??? 

Zabijanie to droga ekonomiczna, wymyślona i propagowana przez ludzi, którym wyprało mózgi. Ludzi, którzy przeliczają człowieka na złotówki albo raczej dolary. Społeczeństwo inteligentne wie, że to droga prowadząca do samounicestwienia. Chrześcijanin powinien od razu taką drogę porzucić bez zbędnych dyskusji. My powinniśmy się teraz skupić na tym, jak zbudować społeczeństwo wrażliwe, zorganizowane  i wspierające tych, którzy nasze człowieczeństwo odbijają jak w lustrze. 












sobota, 1 października 2016

JEDNAK JESTEM ZA WYBOREM

   Bardzo cenię sobie wolność. Może czasem aż za bardzo, bo nie potrafię znieść ludzi, którzy próbują mi mówić, co mam robić. W pracy, w rodzinie. Podnosi mi się ciśnienie, kiedy ktoś chce mi mówić jak mam żyć, ile mieć dzieci, kiedy wrócić do pracy i najlepiej jeszcze do jakiej pracy. Jestem zatem bardzo świadoma swoich praw, a ludzie którzy ze mną kiedykolwiek współpracowali na pewno to potwierdzą. Nie krzycz na mnie, bo ja  nie będę siedziała cicho.
   Jestem w 100% za wolnością religijną. Dużo bardziej posuniętą niż wyznaje większość z was - jestem za wolnością wobec rodziców, dziadków, sąsiadów i znajomych. Kompletnie nie potrafię pojąć po co ludzie chrzczą i posyłają dzieci do Komunii Świętej, jeśli do Kościoła tak naprawdę przynależeć nie chcą. Nie wiem po co im ślub kościelny, jeśli nawet nie znają 10 przykazań. Nie wiem po co stoją co niedzielę jak najdalej od ołtarza. Nie mają ciekawszego pomysłu niż stać i np. przeszkadzać rodzicom, którzy ze względu na zachowanie dzieci stoją pod drzwiami ( w naszym wiejskim kościółku jest naprawdę mało miejsca i z wózkiem wjechać się nie da) albo ludziom, którzy musieli wyjść ze względu na duchotę? Nie mam nic przeciwko wyznawcom judaizmu, islamu, buddyzmu czy wszelkim odmianom chrystianizmu. Niech każdy wyznaje, co uważa za słuszne, co czuje, co do której religii jest pewny. Albo niech jest ateistą, agnostykiem czy co tam mu rozum podpowiada. Oczywiście moja akceptacja ma granicę - jest nią moja wolność. Jeśli którakolwiek z tych religii zachęca do krzywdzenia czy zabijania - prawo powinno dawać możliwość interwencji.
   Nie widzę problemu w tym, żeby ktoś ubierał się w dres, a ktoś nosił glany. Nie podoba mi się aktualny niemęski styl młodych chłopaków, ale czy to moja sprawa? Nie obchodzi mnie ile masz dzieci, ilu miałaś mężów. Nie interesuje mnie co palisz, co pijesz i z czego żyjesz. Jeśli coś jest sprzeczne z moją religią - modlę się za ciebie i szanuję twoje wybory. Nie mam pojęcia jakie sąsiedzi mają firanki ani co sąsiadka miała ubrane na ostatniej mszy. Nie patrzę, czy masz w domu bałagan i nie zaglądam po ścianach w poszukiwaniu pajęczyn ( poza tym pająki zabijają muchy i ich hodowla ma sens :) ).
   Osoby homoseksualne spotkane przeze mnie na drodze życia nigdy nie usłyszały z moich ust niczego niemiłego i nawet jeden kolega powiedział, że gdyby wszyscy katolicy mieli  moje podejście do sprawy odmiennej orientacji seksualnej, na świecie żyłoby się lepiej.
   Szanuję prawo wszystkich do wyboru, decyzji. Ale WSZYSTKICH jest u mnie całkiem dosłowne. Uważam, że prawo do życia jest największym prawem. I szanuję to prawo każdej osoby na tym świecie od pierwszych sekund jej życia.









sobota, 24 września 2016

Aborcja. Protest za życiem.

          Jestem totalnym przeciwnikiem aborcji, widać to od początku mojego bloga. I wiele osób patrząc na mój profil na fb albo czytając moje wpisy pewnie ma podniesione ciśnienie tak jak ja, kiedy czytam te lewicowe. Generalnie mam podejście do życia, że coś jest białe albo czarne. Zawsze jednoznacznie oceniam czyn, nigdy człowieka.
         Potrafię nawet zrozumieć obrońców obecnego stanu prawnego. To taka pozycja, w której mamy czyste sumienie, bo nam nic nie wyrzuca, a jednocześnie nie bierzemy za nic odpowiedzialności. To poniekąd poczucie, że zostawiamy ludziom możliwość wyboru. Bo nie chcemy brać na siebie ich problemów, ich ciężarów. Chcemy nadal udawać, że wszystko jest ok, że nic się nie zmieniło. Gdyby zgwałcona nastolatka miała w efekcie tego przestępstwa dziecko, byłoby ono dla nas chodzącym wyrzutem sumienia. Mielibyśmy poczucie, że jej nie uratowaliśmy. Znów byłoby głośno o pedofilach i znów nikt by z tym nic nie zrobił. Wszyscy krzyczą, że trzeba ich kastrować, a nikt nie ma odwagi wprowadzić tego w życie. Wszyscy wiemy, że takie zboczenia coraz częściej hoduje się przez wszechobecną pornografię i nic z tym nie robimy. Wreszcie wszyscy godzimy się na głupie żarty, gdy jakaś dama w naszym środowisku dojrzewa, a jednocześnie nikt z nas nie potrafi jej przygotować na grożące jej niebezpieczeństwa. No i oczywiście jeszcze to opiekowanie się tą nastoletnią mamą przez tyle czasu! Bo przecież gdyby dziecka nie było, to po miesiącu można ją olać, można zapomnieć, a tak? Może by trzeba było zorganizować jej wyjazd, bo by tego potrzebowała? Może opłacać psychologów, ginekologów, położną i wszystko dookoła. Lepiej powiedzieć jej - masz wybór. Możesz dokonać terminacji ciąży ( i wielu takich ciepłych i jasnych terminów się wtedy przy niej używa) i pozbyć się problemu. A możesz heroicznie, niczym bohaterka z Hollywood urodzić mężnie to dziecko. Bo ona wtedy przecież najbardziej czuje się mężna i silna. Wtedy na pewno widzi siebie rodzącą dziecko. I my jej wtedy tak pomagamy każąc jej podjąć decyzję. Tacy jesteśmy wrażliwi!
          Podobnie ma się sprawa z rodzicami, którzy spodziewają się pięknego, różowego bobaska, okazu zdrowia. A słyszą, że dziecko będzie chore. W mediach i na portalach społecznościowych najczęściej podaje się przykłady dzieci z bezmózgowiem, zespołem Pateau, czasem tak mi znanego Edwardsa. A ja mając biegającego zdrowiutkiego Tomeczka pisząc nazwę tej wady nadal mam oczy pełne łez. Znów ściska mi serce i tak bardzo współczuję tym wszystkim rodzicom. Nosić pod swoim sercem dziecko ze świadomością, że może będzie żyć tylko chwilę i może będzie go bolało. Tego nie rozumie nikt, kto tego nie przeżył. A że najczęściej zabija się dzieci z zespołem Downa jest przemilczane. Nikt nie zrozumie bólu rodziców zajmujących się dziećmi chorymi. Także tymi po wypadkach, chorobach o których nam się nawet nie śniło. Dlaczego zatem jestem taką nieczułą jędzą i nie pozwalałabym tym rodzicom decydować o życiu lub śmierci ich dzieci? Myślę, że miarą poziomu emocjonalno - intelektualnego społeczeństwa jest to, jak traktuje ludzi chorych, bezbronnych. Bo oto kolejny raz chcemy się pozbyć wyrzutów sumienia. Już mamy dość nieustannych wpisów z prośbą o pomoc tylu chorych dzieci na fejsiku. Ileż można przelewać? A może musiałabym sobie odpuścić 10-tą torebkę, żeby komuś pomóc? A może mnie naprawdę  nie stać na to pomaganie i wnerwia mnie to najzwyczajniej, że jest tyle bólu i cierpienia? Chcielibyśmy widzieć świat dobry, bez wad, bez bólu i trudności. Żyć w świecie, gdzie zarabia się na przyjemności, a nie na to, by przetrwać. I oto staje  przed nami istota, która nigdy sobie do końca bez pomocy drugiego człowieka nie poradzi. Istota, która ma na twarzy wypisany ból, a my go nie chcemy widzieć. Malutki człowieczek, który nie pasuje do kanonu urody, bo nie ma mózgu. Powiem wam o czym ja marzyłam myśląc, że Tomek może umrzeć. Żeby umierał w ciepłych ramionach matki ( nie zatruty środkami poronnymi albo rozerwany szczypcami). Żeby odczuł tyle miłości w czasie, jaki będzie mu dany, ile tylko bylibyśmy w stanie mu dać. Żeby ucałowali go bracia, przytulili i zdążyli pokochać. Żeby Maksymilian spróbował go zapamiętać i wiedział, że ma świętego braciszka w niebie. I  bardzo współczuję wszystkim rodzicom, którym wmawia się, że są bez serca pozwalając na cierpienie własnego dziecka. To tylko głos tych, którzy nie chcą żyć ze świadomością, że na świecie jest ból i cierpienie. Że śmierć zawsze ma nad nami przewagę i koniec końców to ona wygrywa. Czy można mówić o miłości do dziecka przez pryzmat zabicia go? A co motywuje do tak tragicznych decyzji tak wielu rodziców dzieci z zespołem Downa? Ich dzieci nie cierpią tak jak te głośne w TV. Dlaczego one zasługują na śmierć? Bo wymagają poświęcenia. Albo trudnej decyzji o ich oddaniu i życiu z tą świadomością i oceną ludzi wokół. A my jesteśmy specjalistami w ocenianiu! Kiedyś na mszy siedziałam z tyłu. W naszej parafii jest dziewczynka z zespołem Downa, która czasem coś powie na głos, czasem się wierci. Jak dla mnie zachowuje się lepiej niż nie jedno dziecko w naszym kościele bez wady genetycznej, ale niewychowane. I pamiętam takiego dziadka, który się tak gapił pretensjonalnym wzrokiem i kiwał głową, kiedy ona właśnie coś powiedziała albo się ruszyła. Mi ona w ogóle nie przeszkadzała. Ale siedziałam za nim i miałam serdecznie dość jego wiercenia się, wzdychania i kiwania głową ( nawet kiedy nic nie robiła). Naprawdę miałam ochotę podejść do niego po mszy i zwrócić mu uwagę! Nie zdążyłam. Przypuszczam, że wielu niemiłych chwil doświadczają tacy rodzice. Zresztą można o tym przeczytać na ich blogach. Bo nasze społeczeństwo w tym pokoleniu jest upośledzone emocjonalnie. Na szczęście młodzi ludzie mają większą wrażliwość i wiedzę na ten temat. Niestety było mi też dane doświadczyć sposobu, w jakim informowana jest matka, czy też rodzice, o podejrzeniu wady genetycznej. Lekarz, który mnie informował ma tyle wypisanych osiągnięć naukowych , tytułów, artykułów i kursów, że nie mieszczą się na jednej stronie. Ale człowiek ten nie ma pojęcia co to jest empatia. Nie ma pojęcia jak może czuć się matka. Siedzi z kamienną twarzą, czeka aż się wypłaczesz i informuje o prawie do dalszych badań i prawie do aborcji ( co trzeba pisemnie zaświadczyć: dnia tego i tego zostałam poinformowana o przysługującym mi prawie do aborcji). Dowiadujesz się, że masz chore dziecko i za chwilę masz to napisać. Nikt Ci nie mówi, że są fundacje wspierające takich rodziców, hospicja perinatalne, że ci współczuje. Ty wiesz, że za Tobą są kolejni pacjenci ( sama czekałaś już 40 minut dłużej) i czas się pozbierać i wyjść na świat, jak gdyby nic się nie stało. No i oczywiście musisz szybko podejmować decyzje, bo masz czas do 21 tygodnia!  Więc czy można mówić tutaj o wolności podejmowania decyzji? To jest wolność czy raczej obarczenie ludzi decyzją, która będzie uzasadniona z ekonomicznego puntu widzenia ich i społeczeństwa? Społeczeństwo daje Ci przekaz - my pozwalamy zabijać takie dzieci, bo ich nie chcemy, ale Ty masz wybór. Ja się pytam - gdzie tu jest wybór??? To żaden wybór. To presja, której jedni ulegają, inni nie.
                 Przypadek trzeci - zagrożenie dla życia matki. Czym różni się ono od tego proponowanego w ustawie proponowanej przez komitet "Stop aborcji"? Bezpośredniością. Zagrożenie dla życia matki jest pojęciem bardzo ogólnym. Jest wiele problemów w ciąży, które mogą doprowadzić do śmierci. Jak chociażby odklejenie się łożyska. Dziecko umiera z niedotlenienia, a matka się wykrwawia. Zagrożeniem, gdzie powszechnie proponowana jest współcześnie aborcja jest zagnieżdżenie się dziecka w bliźnie po cesarskim cięciu. Ale nie trzeba wiele się napracować, żeby doczytać o wielu przypadkach, gdzie taka ciąża przebiegła bez komplikacji do samego końca. Przypuszczam, że będąc po kilku cesarkach bez problemu znalazłabym lekarza, który dokonałby aborcji na podstawie tego, że dziś oficjalnie maksymalna ilość cesarek w Polsce to trzy. Każda następna zagraża mojemu życiu. Nikt nigdy nie każe matce się poświęcać. Nie każe jej umierać, a już w ogóle idiotyzmem jest wskazywanie, że umrze i matka, i dziecko. Ale nie może być tak, że ja jestem nieodpowiedzialna i po 5 cesarkach zachodzę w ciążę i mówię - mam prawo do aborcji. Albo dziecko zagnieździło się w bliźnie i nie mam ochoty na stres i ciążę pod ścisłym nadzorem ( wizyty co najmniej raz na 2 tygodnie).
             Zabijanie dzieci jest zawsze złe.
          Chciałabym także wspomnieć co nieco o tych kobietach, które aborcji dokonały. Ja im wszystkim współczuję. Najbardziej tym, które nie potrafią z tym żyć. Znam ludzi, którzy tym kobietom fachowo pomagają. Całymi latami dręczą je wyrzuty sumienia. I nie ma przy nich tych, którzy aborcję im proponowali, wykonywali, doradzali. Nie ma też tych, którzy walczyli o prawo wyboru. Kto pomaga tym kobietom, kto pomaga samotnym matkom, ludziom chorym? W zdecydowanej większości są to przeciwnicy aborcji. Współczuję także tym kobietom, które traktują aborcję jak wyrwanie zęba. Jak poranione muszą być ich serca, że tak się znieczuliły...
             Jestem za totalnym zakazem aborcji. Jestem za odpowiedzialnością.

















środa, 10 sierpnia 2016

Nadchodzą mentalne zmiany?

Jestem w szoku. W TV pojawiają się reklamy, gdzie rodzina ma troje dzieci! Polska szaleje! Oczywiście wolałabym, żeby ich tam było pięcioro, ale nie jestem specjalistką od marketingu, więc nie będę już wymyślać. Ale to nie jedyne zmiany, jakie zauważyłam. Coś zmienia się w ludziach. Kiedy urodziłam trzeciego syna, nieustannie gratulowano mi odwagi ( przy czwartym chyba musiałabym zostać wpisana do jakiejś księgi rekordów, tylko jakiej? ). Jacy my nie jesteśmy odważni, że w dzisiejszych czasach, że bez miliona na koncie takie szalone decyzje. Często mnie pytano: a kiedy czwarte? Czasem odpowiadałam: gdy wy będziecie mieć trzecie. I słyszałam, że nie, bo brak środków, że już wiek nie ten albo że już do pieluch ciężko wrócić. I spotykam dziś te same mamy, a to mama jedynaka jednak się odważyła, a inna mówi, że zaczęła się widzieć z trzecim... Jasne, że nie każdy ma predyspozycje do posiadania dziesięciorga dzieci. Wielu z nas nie ma takiej ufności w Boże działanie, żeby się zdecydować na dziecko, kiedy się ledwo domyka budżet. Są kobiety wśród nas, które marzyły o licznej gromadce, a Bóg miał wobec nich inne plany i musiały to przyjąć. Ale dobrze jest, kiedy nie mamy obsesji ani w jedną, ani w drugą stronę. Ja głęboko wierzę, że Bóg ma dla każdego z nas plan, który możemy ( wolna wola, nie musimy!) realizować. I warto nie zagłuszać Jego prośby o przyjęcie kolejnego potomka. Ale nie trzeba też sobie niczego wmawiać albo porównywać się z innymi. Boże daj mi umiejętność słuchania i naucz podejmować mądre decyzje.

Sprawa Alfiego

O historii małego Alfiego, którego próbuje się zabić w Liverpolu słyszeli już chyba wszyscy. I wierzyć się nie chce, że takie rzeczy dzieją ...